20 marca 2014

5.Czarni bracia

Była wypoczęta. Spała najprawdopodobniej do późna, nie obudził jej ani letni wietrzyk wpadający przez otwarte okna, ani znajomy aromat gotowanej żywności. Otworzyła oczy. Widok ją przeraził. Znajdowała się w wielkim pomieszczeniu, w którym stało około dwudziestu łóżek, przy każdym z nich u jego stóp stała mała szafka. W pomieszczeniu nie było nikogo. Chciała krzyczeć ale uznała że porywacze nie powinni wiedzieć że wstała. Bo oczywiście była przekonana że ją porwano!
Bała się i to cholernie, ale jaki sens miało siedzenie dalej w łóżku? Gdy wstała  przeżyła kolejny szok. Na sobie miała długą białą, koronkową suknie nocną, stopy zaś były nagie a dotyk kamienistej podłogi twardy i zimny. Zboczeńcy musieli ją rozebrać!
W pomieszczeniu brakowało okien więc nie było szans na zorientowanie się gdzie jest. Były jednak drzwi, prowadziły na wąski kamienny korytarz oświetlany stojakami ze świecami. Z korytarza można było wejść w dwa drzwi po bokach i jedne znad przeciwka. Te po bokach były zamknięte, ostatnie prowadziły do małego pokoju ze schodami prowadzącymi w dół. Tam znajdował się hol, połączony z długim korytarzem z licznymi drzwiami po bokach. Pierwsze prowadziły do wielkiej łazienki z trzema wannami i wiadrami. Następne do biblioteki, inne do kuchni, kolejne do jadalni z jednym wielkim stołem. Zadziwiające że dotąd nikogo nie spotkała. Gdy otworzyła ostatnie znalazła się w pokoju, który spokojnie zmieściłby setkę ludzi przy stole. I to tam wszyscy siedzieli. Większość osób była mężczyznami ubranymi w czarne wąskie spodnie i długą, czarną kurtkę na brzchu wiązaną sznurkiem. Resztą były kobiety ubrane w takie same stroje. Tylko Keara się wyróżniała.
Chciała uciekać jednak widok ją sparaliżował. Wszystkie oczy skierowane były na nią. Ludzie przyglądali jej się badawczo. Uśmiechali się.
-Keara!- Wykrzyknął grubawy, średniego wzrostu staruszek. Miał siwe gęste włosy, podkręcone siwe wąsy i żółte małe oczy. -Siadaj kochanie!- Odsunął krzesło stojące przy nimi. Ona jednak nie ruszyła się z miejsca, ze strachu nie mogła się ruszyć. -Acha. Wolisz stać. Twój wybór, żeby później nie było że jestem niegościnny.- Dało się usłyszeć śmiechy i szepty komentujące zachowanie i wygląd Keary. Nieznajomi mówili niezwykle wyraźnie, głośno i akcentowali głoski: k,s,r. -Kearuśka jak ci się tu podoba? Ładnie żeśmy się urządzili, co nie?- Ciągnął staruszek.
 Ocknęła się.
-To jakiś głupi żart?!- Wykrztusiła. -Śnię?- Uszczypnęła się. Nie. To nie był sen. Była wściekła na tego starucha! Jak on mógł być tak spokojny?! Zachowywać się jak gdyby, nigdy nic. -Co jest?- Teraz staruszek podszedł do niej i wziął jej dłoń, którą zresztą chciała wyrwać, ale miał mocny ścisk. Zaprowadził ją do krzesła a gdy usiadła wsunął krzesło. -No i co teraz?
-Rulka chcemy ci wszystko wyjaśnić!- Wystawił swoje szare zęby, prawdopodobnie się uśmiechał. -Dziecinko, to może od początku. Jesteśmy Czarnymi Bracimi. Stacjonujemy w sklepie Roedga. Wiesz co to za sklep?- Pokręciła głową. -Stary sklep z serem. Wisz założenie było takie aby nikt tu nie przychodził. Mieścimy się w placu głównym, obok targu, odzielają nas od niego wysokie drzewa. Sklep mieści się na górze i słynie z małej ilości towaru. Często zepsutego towaru. Władze nawet nie interesują sie tym co się tu dzieje, raz na ruski rok gdy przyjdzie kliient oczywiście sprzedajemy kozi ser, i krzyżyk na drogę. Nasze bractwo mieści się w piwnicach sklepu.  Obecnie tylko tutaj jest nas dwadzieścia trzy osoby, oczywiście wliczając was.                                                                                          
      -Nas?- Zapytała zdziwiona. Czyżby kogoś jeszcze porwali?
      -Och tak, was. Wiesz kim są Zabójcy?- Kiwnęła głową. Wszystko jasne. -Cieszy mnie że rodzice wychowali cię jako członka Czarnego Bractwa. Ale niepokoi fakt iż jesteś tu po raz pierwszy... Dobra nie ważne, zostałaś wybrana przez Domitriu.- Keara czuła się jakby miała zemdleć. Domitriu wybrało właśnie ją?! Domitriu to organizacja łącząca wszystkich Czarnych Braci na świecie. Do Domitriu należą tylko osoby, które były Czarnymi i do tego zasłużonymi Zabójcami w przeszłości.
-Rada Domitriu Was wybrała- Odpowiedział na jej pytające spojrzenie. Przełknęła głośno ślinę. Ona nawet nie była wychowywana jako przyszły Czarny Brat. To prawda rodzice wyjaśnili jej wszystko co powinna wiedzieć o tej organizacji. Wiedziała że należy do niej. Jednak nikt z jej rodziny nigdy nie brał udziału ani w misji ani nie angażował się w  życie Czarnych Braci. Ona też miała ciągle nadzieję że jakoś ją... wywalil?
     -Domitriu się pomyliło. Oni nawet nie wiedzą kim jestem...                                                                            -Domitriu się nie myli. Keara dobrze wiesz że oni znają każdego Czarnego Brata.- Uśmiechnął się. -Koniec tych pytań Domitriu cię wybrało, koniec kropka a tak na marginesie to nawet nie wiesz jak bardzo byłem na nich zły jak zobaczyłem kogo mi dali. Ale przywykłem do tej myśli. Teraz nie przerywaj mi, bo chcę opowiedzieć ci wszystko o misi. Twoi towarzysze już wiedzą i w tym momencie jedzą obiad.- Zaburczało jej w brzuchu. Nawet nie wiedziała że jest tak bardzo głodna. -Ale oni wszystko już wiedzą. Jest was czwórka. Idziecie na najpoważniejszą misję jaką zlecić można. Macie odzyskać artefakty Domitriu. Nie myśl sobie że jesteście pierwszą drużyną próbującą odzyskać te artefakty. Oprócz was wyrusza ale bo już jest w drodze z dwadzieścia takich drużyn. Czy starszych czy młodszych. Wyruszają z innych miast, wy jesteście najmłodszą drużyną. W Feressi mieści się główna siedziba Białej Ręki, a to oni mają nasze artefakty. Przed misją będziecie chodzić na treningi trwające około jednego miesiąca, to będzie wasz czas przygotowawczy. Będziecie trenować parę dziedzin. A zresztą później dostaniesz rozpiską tygodniowych zajęć. Potrzebnych informacji dowiadywać się będziesz na treningach. Pytania?
     -Mam dwa. Dlaczego akurat ja?                                                                                                                  -To wyjaśnić może ci tylko rada Domitriu. Ja też nie jestem zadowolony z twojej obecności panno Murderess.                                                                                                                            
     -Ta śmieszne- Prychnęła. -A drugie pytanie, jak do cholery mnie tu zabraliście?!                                            -Jesteśmy Czarnymi Braćmi, mamy sposoby. Mieszkasz we Wiatonie myślisz że tak trudno w nocy porwać kogoś z pustego domu kim nikt się nie interesuje?- Zaśmiał się.
     -Co...- Oczy miała zaszklone nie chciała przy nich płakać. Wzięła głęboki wdech. -Co z moją matką?
     -Nie martw się. Pochowana jest niedaleko lasu.
     -Nie pozwoliliście mi się z nią pożegnać!- Wrzasnęła. Teraz łzy już same poleciały.
     -Przykro mi.- To było najgorsze co mógł powiedzieć. Keara powoli wyszła z sali. I teraz właściwie nie wiedziała gdzie iść. Poszła do łazienki. A potem ukryła się w pustej bibliotece pomiędzy półkami.                                
                                                                --------

Po obiedzie nakazano jej pójść do sypialni. Okazało się że i jej przypadał charakterystyczny strój i niczym teraz nie odróżniała się od reszty. Przynajmniej w wyglądzie. Wyszkoleni Bracia mięli kocie ruchy, ona ciężkie i niezgrabne. Zauważyła że Bracia mają głębokie czyste i piękne głosy. Z czasem wiedziała że głos będzie jej się zmieniał, ponieważ czekały ją całe dnie spędzone razem z nimi.
Sypialnia była prawie pusta. Nie było nikogo oprócz reszty jej towarzyszy. Czuła się nieswojo w ich towarzystwie. Mieli łóżka obok siebie.
-Przynieśli plany!- Powiadomiła ją długowłosa, niska szatynka o piwnych oczach.
Rzeczywiście kartka leżała na kufrze przy łóżku.
-Och...- Szepnęła, nie wiedziała co powiedzieć. Zaczęła czytać po cichu.
Plan treningowy dla: Lawlera Larkinsa, Zoanne Derry, Keary Murderres, Seama  Greamhera.
Poniedziałki: Trening orientacyjny.
Wtorki: Trning Wytrzymałościowy
Środy: Trening Umiesjętności
Piątki: Trening Strategiczny
Soboty: Zielarstwo
Niedziele: Medycyna
Treningi rozpoczynają się o godzinie 9:00. Śniadanie godzina 7:00. Czas międzyśniadaniowy poświęcić na sprzątanie i nauczenie się umiejętości. Przed wyprawą umiejętności wasze poddane zostaną testom.
-No w końcu!- Ucieszył się blondyn. Keara zdąrzyła go już poznać. Był to ten sam człowiek, który wszedł do domu Keary a ona go wyprosiła.                                                                            
      -A tobie co? Tak cię plan cieszy?- Spytał Wysoki, dobrze zbudowany blondyn o żółtych oczach.                 -Moje nazwisko jej pierwsze, w końcu docenili szlachtę.- Blondyn o imieniu Seam przewrócił oczami. -A co do planu, to nie mamy wolnych niedziel! Jakbym powiedział o tym matce to by mnie z tąd...                       -Idioto! Najprawdopodobniej nie będziesz miał okazji już nigdy jej niczego powiedzieć! Oczekujesz że mamusia zabierze syneczka?- Zdenerwował się Seam. Jak Keara zauważyła Lawler również nie wiedział wcześniej nic o Czarnych Braciach.                                                      
     -Nie masz prawa na mnie wrzeszczeć! Jestem wysokim szlachcicem!- Odwrócił się i wyszedł z pokoju.      
     -Nie musiałeś tak na niego wrzeszczeć.- Odezwała się szatynka. -To dla niego nowa sytuacja. My byliśmy Czarnymi Braćmi od dziedziństwa a on znajduje się tu nagle i o niczym nie wie. Zrozum go.- Poklepała go po plecach.                                                                                  
    -Jesteście szkoleni od dzieciństwa?- Zapytała Keara.                                                                                   -Tak, pochodzimy z Rodyku i jest tam z pewnością więcej Czarnych Braci. Mieszkamy w normalnych domach jednak jesteśmy wychowywani jako Czarni Bracia. Oboje byliśmy nawet w głównej siedzibie.- Odpowiedziała z uśmiechem Zoanne.

                                                                --------

Dzień upłynął w miarę szybko, nie biorąc pod uwagę że Keara spała do siedemnastej. Po kolacji nakazano położyć się spać. Reszta Braci jeszcze nie powróciła, więc znów zostali we czwórkę. Przebrani w piżamy położyli się spać. Pokój oświetlała świeca, stojąca przy co drugim łóżku. Obok łóżka Keary spał Lawler, z lewej strony łóżko stało puste.
    -Lawler śpisz?- Szepnęła cicho. Chłopak otworzył oczy. Był przystojny nawet w tak słabym świetle.             -Nie- Wyszeptał.                                                                                                                                         -Mogę zadać ci jedno pytanie?                                                                                                                     -Jedno.                                                                                                                                                       -Gdy w tedy, posprzeczałeś się z Seam'em, to gdzie poszedłeś gdy wyszłeś?- Chłopakowi wyraźnie chciało się spać, walczył z klejącymi się powiekami.                                                                      
    -Poszłem, napisać list do mamy.- Mówił sennym głosem. -Taki wiesz... Pożegnalny. Napisałem że nie chcę już tak żyć, że uciekłem... daleko. Żeby się nie martwili i napisałem że... Nie zresztą nie ważne. Nie pytaj i tak nie odpowiem. Dobranoc.- Odwrócił się plecami do niej i zasnął.

   -Wstawać!- Wrzasnął jakiś młody człowiek.
Tak strasznie chciała iść jeszcze spać. Nigdy jeszcze nie wstała przed siódmą!  Zwlekła się z łóżka i zdziwiła się widząc że większość ludzi już wyszła. Zobaczyła również że mężczyźni i kobiety normalnie zdejmują przed sobą piżamy i zakładają zwykłe stroje. Postanowiła zrobić to samo i zawstydzona się rozebrała.
Pościeliła łóżko i poszła na śniadanie. Miejsce wolne miała obok jakiejś dziewczyny, która okazała się być bardzo miła podczas porannej pogawędki. Po lewej stronie siedział mało rozmowny trzydziestolatek. Na śniadanie podali kaszę owsianą z kawą. Połączenie tego wywoływało mdłości. Okazało się że po śniadaniu zmywać nie trzeba, bo są wyznaczeni od tego specjalni ludzie. Na śniadaniu nie zauważyła staruszka więc spytała, mężczyzny obok gdzie ma się udać. Miejscem treningowym okazał się wcześniej zamknięte pomieszczenie. Pokój nie był duży. Wchodząc do pokoju pierwsze co ujrzała był drewniany stół z pięcioma krzesłami. Na ścianie wisiały jakieś plany. Po bokach pokoju stały szafki z szufladami. Keara nie była pierwsza. W pokoju był już, "ich" starszy pan, który wertował dokładnie mapę a przy tym rozmawiał wesoło z Seam'em.
   -Dzień dobry- Przywitała się. Unieśli na nią wzrok.                                                                                        -Cześć Keara!- Powiedzieli razem. Podeszła do stołu. Teraz już dokładnie widziała brązową mapę świata.
   -Wyspałaś się?- Zapytał staruszek.                                                                                                              -Bardzo chciałabym powiedzieć tak, ale nie chcę was okłamywać.- Zaśmiali się. -A tak w ogóle to jak ma pan na imię? Bo głupio mi się zwracać do pana "ten staruszek" albo "ten pan".                                                  -Na imię mi Veroni.- Ukłonił się.                                                                                                                  -Niech się pan nie obraża ale to tak trochę jak imię dla dziewczyny.- Uśmiechnęła się.                                  -Och Kearo, to nie ja mam na nazwisko Zabójczyni.- Zaczął się śmiać z Seam'em. A uśmiech Keary szybko zszedł jej z twarzy.
Po dwudziestu minutach oczekiwania na resztę w końcu się zjawili.
   -Dobra kochani! Po pierwsze chciałbym powiedzieć że to pierwszy dzień treningu i dzisiejsze spóźnienie Wam wybaczam, ale już od jutra zaczynamy bez spóźnialskich i sobie tylko wyrządzicie krzywdę bo to wam się to przyda i może uratować życie a nie mi.- Ostrzegł. -Dziś mamy sobotę więc trenujemy zielarstwo. Wielu z was zielarstwo kojarzy z czymś nie potrzebnym jednak dla was od teraz będzie nie zbędne. Nauczę was dzisiaj jak rozpoznać podstawowe rośliny leśne.- Wziął z wcześniej przygotowanej tacy z roślinami dwie jagody. -Jedna z nich jest trując dla ludzi, jednak zwierzęta jedzą je najnormalniej w świecie, druga to zwyczajna jagoda Tasmańska. Lawler, którą jagodę zjadłbyś?- Podał mu do ręki dwie identyczne jagody.          -No nie wiem... Ja bym ich nie zjadł, jem tylko specjalnie...                                                      
     -Lawler! Skup się!                                                                                                                                      -A niech będzie ta.- Wskazał na jagodę po prawej stronie.                                                                            -U mnie nie ma zgadywania! Ludzie myślcie! Dobra więc jak poznać która z tych jagód jest dobra? Po prostu- nacisnął na jagody a te pękły. -Widzicie? Sok mają taki sam, ale pestki w nich są inne. Jagoda Tasmańska ma malutkie ziarenka w kształcie kuleczek. Druga jagoda, czyli ta trująca, jej pestki są niewidoczne.
Reszta lekcji upłynęła na określaniu i rozpoznawaniu roślin trujących i tych, które zjeść można. Dzień mięli wolny, jednak Keara wolałby już aby mięli lekcje bo sama nie miała co robić. Postanowiła że wybierze się do biblioteki ale tylko około dwudziestu książek było napisanych w jej ojczystym języku reszta w nieznanych dotąd językach.
Po dwóch godzinach spędzonych na bibliotecznej podłodze została zawołana na obiad. Tam przeprowadziła długi dialog o życiu tutaj z Kim- dziewczyną siedzącą obok.
Nazajutrz obudził ich ten sam człowiek. Po śniadaniu zaplanowane mięli lekcje medyczne, na których była bardzo skupiona z przekonania że te wiadomości będę niezbędne. W sumie to nie uczyli tu zbędnych wiadomości.
Na lekcji mówili jak zrobić opatrunki z liści i kory. Pan Veroni pokazywał również jak rozpoznać typ rany od ukąszenia osy po uderzenie mieczem.
Wszyscy byli zajęci więc nuda znów panowała w okół całej czwórki. Lawler postanowił się zdrzemnąć w sypialni, Zoanne poszła do biblioteki a Seam postanowił nauczyć Keare choć trochę kultury Czarnych Braci.
    -Więc co chcesz wiedzieć?- Siedzieli w sypialni i rozmawiali dość cicho ze względu na Lawlera.                   -Właściwe to wszystko. Moi rodzice mówili mi tylko że należę do Czarnych Braci i na czym polega ta organizacja.- Wzruszyła ramionami.                                                                                                  
    -To tak zacznę od tego  jak to wszystko funkcjonuje gdy jesteś jeszcze nie pełnoletni. W Rodyku my również ukrywamy się tak jak tutaj. Jednak po butach można poznać swoich. Inni mieszkańcy nie mają o nas pojęcia. Jeśli są jakieś spotkania Czarnych Braci w Rodyku w siedzibie lub w głównej siedzibie jesteśmy o tym informowani przez naszych ludzi. Jeśli rodzice jakiegoś dziecka są wzywani na misję to w tedy takie dziecko przebywa w siedzibie np, w Rodyku. Tak było w moim przypadku... Tylko że moi rodzice już nie wrócili...                                                                                                                                                           -Przykro mi.- Naprawdę było jej przykro. Przecież doskonale wiedziała jak musiał się czuć po stracie obojgu rodziców. I wszystko nagle wróciło. To o czym udało jej się wczoraj choć trochę zapomnieć. Nie chciała żeby widział jak łzy, więc zadała pytanie.
    -Jak stoicie z religią?
    -Dobre pytanie! Większość, około 90% jest nie wierząca w bóstwo. Jednak są oczywiście ludzie, którzy głęboko wierzą.
    -A... Gdzie się wychowujesz?- Patrzyła uważnie na Seama. Nie była pewna czy zadała właściwe pytanie.
 Seam odpowiedział jednak normalnie.
    -Wychowuje mnie siostra. Ona wie że jestem tutaj... Tak jak rodzice Zoi.- Wzruszył ramionami.
 

Próbowała przez resztę dnia nie spotkać nikogo z nowo wybranych Zabójców, porostu nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Jednak było to nierealne, bo oni również nudzili się tutaj i to strasznie. Inni starsi Zabójcy wracali tu albo w porze posiłku lub wracali na kolację i zostawali na noc. Więc budynek był prawie że pusty, nie wliczając czterech kucharzy, Veroniego, dwójkę małych dzieci przebywających z tutejszą opiekunką no i ich czwórki.
Skutecznie jednak unikała dłuższych rozmów z Lawlerem, Seamem i Zoanne. Wiedziała że to wcale nie ułatwia pogłębienia ich bliższych relacji ale nie miała siły. Cały dzień i tak chodziła czerwona, ponieważ powstrzymywała płacz. Przez to wszyscy, których spotkała przed kolacją- a zgromadzili się już chyba wszyscy, pytali ją czy ma uczulenie lub gorączkę.
Drugi dzień minął znacie lepiej niż wczorajszy, choć ból po stracie matki nie zniknął i zapewne przez najbliższe lata, nie zniknie to czuła się lepiej niż wczoraj.
Zaczął się już trzeci dzień treningowy. Weekendowe zajęcia nie były męczące. Ćwiczenia siłowe były tylko we wtorki i środy. Dziś mięli dokładnie studiować mapę na treningu orientacyjnym.

   -Dobra wszyscy są- zaczął Veroni. -Zaczniemy od mapy.- Położył przed każdym z nich brązową kartkę z mapą Eri. -Chciałbym na początku zapoznać was z mapą naszego świata.- Przejechał palcem po kartce.
Po dokładnych studiach z mapy Veroni zawiadomił że na następną lekcję czyli za tydzień każdy musi dokładnie zdać mapę.
-Przyszedł czas na orientację w terenie. Seam i Zoanne na pewno w każdej sytuacji będą wiedzieli czy są na zachodzie, wschodzie, północy czy też południu. -Ja chciałbym was nauczyć jak zorientować się gdzie jesteście...
Keara nawet nie wiedziała że bez kompasu tak łatwo można zorientować się gdzie mają pójść.
Po lekcji ponownie nie miała co ze sobą zrobić więc wzięła z biblioteki książkę z mapą Eri i zaczęła się uczyć. Jak się okazało cała reszta zrobiła to sama i o dziwo usiedli obok niej. Zoanne uczyła się tak samo jak Keara mapy tyle że z języka Seniskiego. Seam uczył Lawlera jak zachowywać się w krytycznych sytuacjach w lesie gdy np. widzisz chordę wilków biegnących w twoją stronę- przydatna informacja.
Czwarty dzień treningowy okazał się być niebywale męczący. A sala treningowa największym pomieszczeniem jakie dotąd widziała. Było zrobione na kształt lasu. W większości sali panował ustrój właśnie leśny w jednym z obszernych rogów przygotowane było wybrzeże razem z wodą.
W całej sali rosły niskie- pod sufit, drzewa. Od wybrzeża po drugi róg rozciągało się długie koryto grające rolę rzeki. Druga połowa sali była prawie pusta. Stał tam drążek do podciągania, łuk i tarcza strzelecka, kilka marionetek, tarcza i broni.
   -Kochani moi Zbójcy!- Brzmiało to troszeczkę niedorzecznie. -Dzisiaj będzie trening typowo wytrzymałościowy. Taki rozgrzewający na lekcję za tydzień. Aha no i od dzisiaj codziennie o godzinie szesnastej, czyli po obiedzie będziecie robić rozgrzewkę ze mną.
Na następny dzień ćwiczyli swoje dotychczasowe umiejętności sportowe. W piątek natomiast był trening strategiczny.
  -Ludzie kochani!- Zaczął charyzmatycznie Veroni. -Strategia mówi wam to coś?- Nie pozwolił im odpowiedzieć. -Dotychczas to najważniejsza lekcja. Opracowałem wam strategię. Na początek mam dla was miłą/nie miłą wiadomość. Musicie wybrać jedną osobę na Czarnego Zabójcę.- Chciała spytać kto to jest Czarny Zabójca ale Veroni momentalnie uniósł rękę w geście uciszającym. -Wybierzecie go dopiero gdy będziecie gotowi podczas wyprawy. I jedna uwaga. To jest tak okropnie ważne kto nim będzie więc błagam was uważajcie.                                                                                                                                                -Rada nie może wybrać?- Zapytał Seam.                                                                                                      -Nie Seam. Zresztą powinieneś wiedzieć że Czarnego Zabójcę wybierają towarzysze... Dobra następnie omówimy strategię działania.- Znowu ułożył każdemu mapę na stół.- Wyruszmy z Zagubionej Rzeki do Rodyku. Reszta drogi jak to się mówi: Do wyboru do koloru.- Zaczął się śmiać ale gdy zobaczył że reszta tylko uniosła brwi szybko przestał. -No więc, wolałbym żebyście nie pojawiali się w innych miastach. Jednak wiem że jest to czasem konieczne, dlatego do waszego wyposażenia włożymy peleryny typowo kupieckie. Macie je zakładać gdy idziecie nawet do głupiej wioski...

                                                             -------

Lekcje mijały z dnia na dzień. Ból po stracie matki jednak nie nikł. Umiała już naprawdę dużo! Jutro miał odbyć się wielki test umiejętności a za trzy dni już wyprawa. Seam chodził podniecony tym faktem cały tydzień. Keara jakoś nie bała się zbyt bardzo. Nawet jeśliby umarła to kogo by to obchodziło? Brata, który nie wiadomo czy wróci?
   -Keara czas spać- do pokoju wszedł Veroni. Dzisiaj po treningu wyjaśnił im wszystko co do jutrzejszego sprawdzianu. Mięli wstać jak zawsze i zjeść śniadanie takie jak codziennie. Później sprawdzian.
  -Już- Wsunęła się pod kołdrę i życzyła Veroniemu dobrej nocy. Była wykończona psychicznie. Mięli wszystkie tygodniowe lekcje w jednym dniu! I musieli wszystko przypominać. Jeśli ktoś się pomylił Veroni wrzeszczał i robił najpierw wykład po co nam ta wiedza i robił starą lekcje z materiału, którego się nie rozumie. Dlatego spóźnili się na kolację dwie godziny. Jednak po powtórkach Veroni stwierdził iż mają świetną wiedzę i są świetnie przygotowani.

16 lutego 2014

Egzekucja

Przetarła oczy, z dołu słyszała znajomy brzęk naczyń- to taki naturalny budzik. No cóż chyba pora wstać.
Śniadanie było ubogie bo zjadła jedynie czerstwy chleb z sałatą i wypiła szklankę wody. Po śniadaniu przyszedł Neil i tak ja się umówili mięli pójść do wioski kupić trochę mięsa- bo tam sprzedawano taniej, zresztą kupowali je nielegalnie od zwykłego myśliwego. Czekała na niego nie długo. Mówił że jego ojciec się czymś zatruł. On pewnie się nie zatruł tylko ktoś go zatruł. W tym mieście to nic nie wiadomo. Dlatego Keara postanowiła że nie będzie kupowała już pewnego jedzenia kontrolowanego przez Wallerna. Wolała dmuchać na zimne.
   -Dawaliśmy mu już chyba wszystkie leki ale nic nie pomaga...                                                                        -Będzie dobrze nie martw się- Swoje podejrzenia wolała zachować dla siebie. Zresztą chyba nie byłaby dobrą przyjaciółką gdyby powiedziała mu że myśli że jego ojciec niedługo umrze?                                            -Wiem że będzie dobrze- Uśmiechnął się. -Może być inaczej?- Postanowiła zostawić go z tym pytanie dla siebie.                                                                                                                                                           -Optymista.- Roześmiała się. Droga upłynęła szybko, nie napotkali zbyt wielu ludzi na drodze.                                              
Wieś była nawet sporawa. Wchodziło się na główną ulicę, która miała liczne rozdroża. Chata myśliwego mieściła się przy środku wsi. Dom był gliniany- jak większość tutejszych domów. Drzwi otworzył jego syn- Dily. Dily był małym rudym dziesięciolatkiem, którego Keara wprost ubóstwiała. Jej zdanie był słodki i niezdarny.
-Hej Dily.- Przywitał się Neil. On dla odmiany kupował mięso normalnie w sklepach. Ale on nie Był z Wiatonu jego ojciec miał własny warzywniak na Placu Fontann.                                                  
-Neil! Keara!- Przytulił ich. -Dawno nie byliście, ja chciałem was odwiedzić bo myślałem że coś się stało.    -Wszystko dobrze Dil. Ale miło że się martwiłeś.- Zapewniła go Keara.                                                        -Właźcie, ja pójdę po tatę jest w ogródku i naprawia płot.- Wybiegł na bosaka na tył domu.
Był to przeciętny wiejski domek z małą piwnicą robiącą za spiżarni, kuchnią i pokojem. Usiedli przy stoliku i oglądali obrazki namalowane przez DIla, położone na stoliku.
-Jesteśmy- Wszedł pan Randy, brudny mężczyzna, około czterdziestki. Goście wstali i przywitali się. -To co to co zawsze?- Zszedł do piwniczki i przyniósł jeszcze ciepłe zające. Keara wyjęła pieniądze i położyła na stoliku. Po czym włożyła martwą zwierzynę do wiklinowego kosza, który zawsze służył do przenoszenia mięsa.
-Tak sobie myślę że wy dwoje to pownniśta być razem.                                                                               -Panie Randy mówi pan to zawsze.- Zaśmiała się Keara.                                                                               -Bo tak uważam.                                                                                                                                         -Ale my nie- spojrzała na przyjaciela, który zajęty był rozmową z Dilym. -A co tam u pana słychać?             -Stare bidy- machnął ręką.                                                                                                                           -Tak jak wszędzie- pocieszyła go. -My już pójdziemy bo jest gorąco i... no wie pan mięso może...               -Rozumim- Podał rękę Neilowi. W glinianych domach było w lato strasznie gorąco. Nie trzymało się w tedy mięsa w domach, chyba że miało się piwnicę jak pan Randy.                                        
-Pa Dil- Uścisnęła chłopca.
Dily odprowadził ich do wejścia wioski a dalej poszli razem. Pożegnała się z Neilem już przy WIatońskim wejściu ponieważ musiał odwiedzić ojca w szpitalu. Jej jednak strasznie nudziło się w ten skwarny piątek więc zostawiła tylko mięso na blacie i poszła na Plac Fontann. Tutaj jak zawsze w tak upalny dzień dzieci bawiły się wodą w fontannach a starsi porostu wchodzili do nich i w ten sposób się schładzali. Keara jednak że nie była zbyt towarzyską osobą postanowiła wybrać się nad rzekę- sama.
Tu oczywiście też było trochę ludzi ale nie aż tak dużo jak przy fontannach. Na polanie siedziała do godziny piętnastej. Postanowiła że wróci do domu i się przebierze. Była mokra a do ubrań kleiła się ziemia i trawa.
W domu było jakoś cicho. Pewnie Andrea postanowiła uciąć sobie drzemkę w sypialni. Postanowiła obudzić ją i oznajmić że już przyszła. Zdziwił ją fakt że mięso nadal leży w koszyku na regale. Gdy weszła do sypialni omal nie zemdlała.
-Mamo!- Wrzasnęła podbiegając do łóżka. -Mamo!- Zaczęła szturchać bezwładną kobietą. -Mamo! Mamo wstawaj!- Ręce miała całe we krwi. Czuła jak łzy ciekną jej po policzkach. Wrzeszczała ale to nie pomoże. Kobieta leżąca w kałuży krwi na podłodze już nie żyła. Nigdy już nie powie nic swojej córce.
Kera upadła na ziemię i zemdlała. Gdy ponownie się obudziła leżała na twardej podłodze ściskając dłoń matki. Wiedziała że jej życie legło w gruzach. Nie miała teraz dla kogo żyć. Najpierw ojciec, matka jej brat nie wiadomo czy wróci żywy z wyprawy myśliwskiej. Ona też chciała umrzeć. Mimo iż nie wierzyła w życie poza grobowe wolała zginąć niż żyć samotnie. Chciała się do kogoś przytulić. Ale do kogo? Jedyną bliską osobą w mieście był Neil, który o niczym nie wiedział.
Nie miała siły się podnieść. Nie miała siły na nic. Próbowała zasnąć. Nie udawało jej się to przez długie godziny. Gdy jednak w końcu usnęła w ramionach chłodnego już ciała miała nadzieję że i ona umrze podczas nocy. Bała się jutra.

15 lutego 2014

Szlachetny ród Larkins

Lawler spojrzał na ojca, ten starannie ukrywał swoją radość. W domu często słyszał jego rozmowy z matką o Zaldzie, która nigdy nie powinna postawić stopy w mieszkalnej części zamku.
 Zalda nie żyje. Otruta. Nie trudno było się domyślić że została otruta z premedytacją. Która prosta dziewczyna mogłaby przebywać w zamku na tak długi czas? Ale w sumie to nie była jego sprawa. Król zakończywszy długą przemowę nakazał aby wszyscy wrócili do zabawy i sam odszedł razem z grupą strażników po kielich wina. Muzycy i giermkowie powrócili do zabawiania gości. Lawler zobaczył ciasny rząd kapłanów w brązowych szatach, powracających do opactwa. Wystąpienie króla było obowiązkowe, natomiast reszta już nie.
Matka coś do niego szepnęła jednak nie usłyszał. Na placu było głośno. Jego ojciec poszedł pogratulować królowi Wallern'owi "wspaniałej" przemowy. Sam chłopak poszedł wziąć kielich czerwonego wina. Fuj! Wrzasnął w myślach. Jak ludzie mogą to pić. Stoisko dla ludzi "lepszych" znajdowało się z innej strony. Upuścił kielich a ten rozbił się o kamienie.
-Przynajmniej dam zarobić tym biedakom.- Szepnął do siebie. -Ej ty! Posprzątaj to nie chcesz chyba żeby zobaczył to ojciec.- Powiedział do jakiejś kobiety, ubranej  po jej szarej, prostej sukience od razu wrzucił ją do kosza "tych gorszych", który tworzył w myślach. Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem. Po czym spojrzała na jego twarz i jej wzrok zamienił się na wściekły. Mieszkanka Wiatonu nie miała wyjścia, za nie szanowanie wysoko ustatkowanych szlachciców groziła kara grzywny.
-Oczywiście- odparła tylko. Larkins tylko spojrzał na nią z pogardą i odszedł.
Spacerując już po placu z lampką jednego z najlepszych win w okolicy natknął się na ojca. Wciąż rozmawiał z królem. Pan Larkins był jednym z najbardziej zaufanych przyjaciół króla. Wiedział niemal o wszystkim. Niemal.
 -Lawlerze.- Złapał go za kołnierz granatowej szaty ojciec.                                                                            -Tak ojcze?- Zatrzymał się.                                                                                                                          -Nie podoba mi się że tak sam chodzisz. To ci nie przystoi. Znajdź sobie odpowiednie- włożył nacisk na to słowo -towarzystwo.                                                                                                          
 -Oczywiście.- Ojciec machnął ręką w geście pokazującym by odszedł.
Towarzystwo? Phy... A po co mi? Myślał. Nie wiedzę tu nikogo odpowiedniego do towarzystwa. Nagle ktoś na niego wpadł rozlewając czerwony alkohol po jego białym wycięciu na brzuchu. Już miał na sprawcę tego czynu nawrzeszczeć gdy spostrzegł kim ona jest.
-Larkins!- Wrzasnęła młoda dziewczyna i objęła go.                                                                                     -Gloria! - Średniawego wzrostu dziewczyna o długich brązowych włosach, miała łagodne rysy twarzy i pełne usta, jej oczy były duże i złote. Była szczupłą siedemnastolatką o obfitym biuście.
Gloria opuściła wzrok z jego oczu na plamę, którą wyrządziła. Swoimi szerokimi złotymi rękawami zaczęła trzeć plamę. Jednak Lawler delikatnie odtrącił jej rękę.                                                                               -  -Lawler nic się nie zmieniłeś! Nadal przystojny. Rzeczywiście Lawler był osobą ładną. Miał Blond włosy zaczesywane do tyłu, jego oczy były przejrzyste, niebieskie, był również dość dobrze umięśniony jak na siedemnastolatka. - Nie widzieli się od dwóch miesięcy. Gloria ciężko chorowała. A tu proszę cała i zdrowa!   -Trudno było się zmienić przez tak krótki okres czasu. Ale ty Gloria- podniósł jej rękę w górę a ona się obróciła. -Wyglądasz olśniewająco!- Zarumieniła się.
-Jak ci się podoba jarmark?- Ruszyli w stronę zamku.                                                                                    -Ach, jest zdumiewająco....-                                                                                                                         -Nudny?- Tak, to właśnie chciał powiedzieć. -Wiem. Mnie też się nie podoba. Słyszałeś o tej całej przyszłej małżonce księcia Patrica?- Spojrzała na niego, ciekawiło ją jak zareaguje. On parsknął śmiechem.
-Trudno było nie usłyszeć. Nie zadawaj pytań, na które znasz odpowiedź.- Powiedział oschle. -Zelda, Zelda Chopkins. Urocza, miła Zelda. Zelda, która nigdy nie powinna trafić na dwór a co dopiero do zamku.- Wysyczał.
-Dla mnie to jest słodkie, księcia Patrica i Zeldę....- spojrzała w niebo, tak jakby właśnie tam (dziś na bezchmurnym niebie) wypoczywała Zelda -pokochało całe państwo...                                        
  -Uwierz mi, nie całe.- Przerwał jej. Zelda, ta wieśniaczka stała się symbolem że miłość jest silniejsza od przeciwieństw losu, ustatkowania finansowego... bla, bla, bla. A Patric pokazuje że patrzyć trzeba na wewnętrzne.... Takie plotki Lawler słyszał codziennie na dworze. Zarumienione kobiety z podekscytowaniem plotkowały o przyszłej książęcej parze. Książęcej. Nie królewskiej. Do królewskiej pary miał przed sobą Foltesa i przed nimi Soddena. Nie było szans na to by Patric zasiadł na tronie. Aczkolwiek odgrywałby jedną z kluczowych ról przy zarządzaniu państwem. Pewnie Patric dostałby na głowę pokojowe zarządzanie państwem.
Pokojowe zarządzanie państwem polega na traktatach pokojowych, porządku panującym między Zagubioną Rzeką lub jak mówią szlachcie "Lost River" i innymi państwami. I innych takich sprawach. Każdy książę musiał dostać po ukończeniu dwudziestu lat władzę nad jakimś państwem. Król natomiast panował nad wszystkimi innymi sprawami.
Gloria z gracją usiadła na murowanej ławce w cieniu drzew za pałacem jej ojca. Jej przyjaciel jednak postanowił nie siadać na chłodnej ławce. Rozmawiali o różnych sprawach, tematem przewodnim były sprawy polityczne państwa, jednak zahaczali o różne plotki. Gloria nie była jego najlepszym przyjacielem. Już bliżej tego miana był książę Patric. Jednak Lawler nie był osobą, która mówiła co myśli, musiał najpierw dokładnie to przeanalizować. Dla niego niedomyślenia było opowiadanie wszystkich swoich sekretów, nawet zatroskanej matce. Robiło się późno jednak oni wciąż ze sobą rozmawiali. Glori język niemal cały czas się poruszał i właśnie za to młody Larkins ją lubił.
-Glorio- uniósł jej dłoń i pocałował -przepraszam cię ale chyba pójdę już do swojego domu. Bardzo miło było cię spotkać. Dziewczyna uśmiechnęła się i ze swoją elegancją wstała.                                                     -Mnie też bardzo miło było cię spotkać Lawlerze.- Chłopak puścił jej dłoń i pozwolił jej odejść.
 Rodyckie powitania i Felijskie pożegnania to była części kultury tego państwa.
Felijskie pożegnania miały na celu wyrażenie skruchy i delikatności osób żegnających się. Pożegnanie kobiety i mężczyzny było niemal identyczne jak to zaprezentował Lawler i Gloria.
Powitanie Rodyckie polegało na pełnym radości powitaniu osoby, z którą się witamy.
Nazwy te wzięły się od krajów, w których panuje podobna atmosfera.
                                                                -------------
-Paniczu Larkins! Gdzie panicz był? Pana matka umiera z niepokoju.- Powiedziała lekko podenerwowana niania Lawlera gdy tylko otworzył drzwi do łososiowego pałacu.
-Moja matka, chyba nadal nie wie ile mam lat.- Poddenerwował się.
Wszedł od razu do wielkiego holu i poszedł pięknymi białymi, rzeźbionymi schodami na wyższe piętro. To tutaj znajdowały się wszystkie pokoje. Nie licząc służek, kucharzy i sprzątaczek pracujących tutaj. Oni spali w piwnicach. I tak ich pokoje przekraczały jakiekolwiek marzenia co do ich domu- myślał Larkins. Gdy w końcu ominął trzy kręte korytarze dotarł do swojego pokoju. Większości pokoi była pusta. Przeznaczona dla bogatych, znaczących coś w innych państwach gości lub kuzynostwa pragnącego spędzić tu noc.
Jego pokój był okrągły, okryty złoto-białą tapetą. Na górze wisiał ogromny żyrandol. A przy jedynej prostej ścianie w pokoju mieściło się łóżko Lawlera z pięknymi jedwabnymi baldachimami.
Wezwał służkę aby ta przygotowała mu kąpiel.
-Kochanie!- Rzuciła się na niego wysoka kobieta o długich brązowych włosach i wydatnych kościach policzkowych. -Martwiłam się o ciebie!-  Zmiażdżyła mu policzek matka.
-Mamo.- Powiedział spokojnie i odepchnął ją od siebie. Był od niej o wiele silniejszy. -Jestem już prawie dorosły. Mam siedemnaście lat. Umiem o siebie zadbać.
-Och nie jesteś jeszcze taki dorosły. Pozostały ci jeszcze trzy lata-. Uśmiechnęła się. -Ojciec twierdzi że przyszły właściciel tego pałacyku nie może pozwalać sobie na brak towarzystwa.                                             -Ale ja nie byłem sam. Byłem z Glorią...- Matka szarpnęła go za koszulę.                                                     -Kto ci to zrobił?!- Zapewne chodziło o plamę na białej tkaninie.                                                                
Ktoś zaczął pukać w drzwi.                                                                                                                           -Proszę wejść!- Do pokoju weszła służka Madl ubrana w typową dla osób pracujących w pałacach jasno fioletową długą suknię.                                                                                                                
  -Kąpiel gotowa. Panna Deve'n woła.- Mówiła lekko skrzeczącym głosem, który bardzo go denerwował. A zresztą to co go nie denerwowało?
                                                     ----------
Wstał o świcie. Z chęcią poleżałby w łóżku gdyby nie jego opiekunka- niania. Na śniadanie zjadł tylko bułki z miodem i białym serem. Był to zwykły dzień roboczy więc zaplanowane miał na popołudnie naukę posługiwania się kuszą. Umiejętność strzelania z łuku miał opanowane już do perfekcji jednak kusza była znacznie trudniejsza.
Lawler czuł się zobowiązany do odwiedzenia przyjaciela, po takim zajściu. Strażnicy zamku wpuścili go bez przeszkód. Jedna z służek zamkowych zaprowadziła go do pokoju Patrica na trzecim piętrze. Pokój miał kształt prostokąta. Zapukał powoli i czekał aż ktoś zaprosi go do środka tak się jednak nie stało. Miał już odejść uznając iż Patrica nie ma w pokoju jednak usłyszał jak drzwi szafy trzaskają przy zamknięciu. Szarpnął za klamkę.
-Patric?- Kolega stał przy przestronnym oknie zasłoniętym z zewnątrz czarnymi kratami. -Nie odpowiadałeś więc wszedłem.- Jednak dalej nie odpowiadał. Podszedł do niego. Teraz widział że na policzku ma łzy. Marnie wyglądał był blady do tego miał wory pod oczami co nadawało wyjątkowo brzydki wygląd. Lawler zastanawiał się czy Patric właśnie tak wygląda od czasu gdy "zmarła" Zelda?                                                   -Pat...- Zaczął ponownie. Jednak książe złapał go za szatę i popchnął w stronę wyjścia. Od upadku ochroniła go belka łóżka, za którą zdąrzył się złapać.                                                                                       -Wyjdź!- Krzyknął przez łzy. -Wyłaź!- Tym razem jednak oparł się o ścianę i osunął na podłogę. Lawler podszedł do przyjaciela i poklepał go po plecach. W pocieszaniu był akurat koszmarny.                                 -Zelda nie była godna. Zelda to zwyczajna wieśniaczka. Ona nigdy nie powinna znaleźć się....- Zaczął swoją litanie.                                                                                                                                
  -Zamknij się!- Tym razem wyrzucił go z pokoju po czym zatrzasnął drzwi.
Lawler stwierdził że bezsensu byłyby dalsze próby rozmowy. Zresztą już odwiedził przyjaciela nie jego wina że ten nie chciał z nim rozmawiać. Jednymi przyjaciółmi Lawlera była Gloria i Patric. A że Gloria zaplanowane miała nauki od samego rana a z drugim przyjacielem nie mógł narazie normalnie rozmawiać to nie pozostało mu nic innego jak powłóczyć się po mieście. Lawler nie miał zbyt dużo kolegów o ile w ogóle ich miał. Nie żeby był nieśmiały, on po prostu strasznie irytował innych ludzi. Powoli i rozważnie selekcjonował ludzi w swoim bliższym otoczeniu. Nie bał się mówić co myśli niektórym ludziom.
                                              ------------
Wybiła godzina dwunasta co oznaczało porę nauki. Był na strzelnicy znajdującej się za jednym rzędem drzew na dworze. Czekał na niego już pan Korn'y. Był to wysoki, szczupły blondyn z uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
-Lawleer!- Uśmiechnął się szeroko.                                                                                                                -Witam nauczycielu Korn'y-. Uśmiechnął się. Nie przepadał za nauczycielem strzelectwa jego zdanie był sztucznie miły. Jednak w Zagubionej Rzece każdy szanował swojego nauczyciela. Jakby nie było to od tego czego go nauczy zależałą przyszłość.                                                                                                                -Pamiętasz czego uczyliśmy się ostatnio?- Zaczął zdejmując kuszę z ramienia. Lawler kiwnął głową. -Świetnie! Wierzę że teorię znasz już na pamięć ale jak wiemy najważniejsza jest praktyka. -Wręczył mu broń i bełt.
Nauczyciel patrzył w skupieniu jak jego uczeń strzela w szmacianą marionetkę i chybia o centymetr od jej czerwonego serca.
-Świetnie.- Kiwnął głową. Usiadł na nie skoszonej trawie. -Siadaj.- Wskazał wzrokiem.- Chcę dzisiaj porozmawiać z tobą o zastosowaniu kuszy.- "Gada jak psycholog" pomyślał Lawler. -Kusza jak wiesz jest silną bronią.- Przerwał czekając na reakcję ucznia, której nie było. -Na tyle silną że mogłaby zabić niewinnego człowieka.- Kontynuował. -Nie zawsze mamy pewność że dobrze robimy atakując jakąś osobę.- Lawler prychnął cicho, jak można nie mieć pewności atakując jakąś osobę?!- Powiem ci dziś  jak korzystać z tej broni aby kogoś jedynie uszkodzić jednak nic poważnego mu nie zrobić. Myślę że jest jedynie jedno takie miejsce.- Na swojej nodze zaprezentował miejsce pod kolanem. -Tutaj Lawler. Tu nikogo nie zabijesz jak i nie uszkodzisz. Po prostu taka osoba nie będzie mogła iść dalej, wyrządzić komuś krzywdę. W ruchu jednak jest o wiele trudniej. Bo jeśli chybisz to... Ktoś w najlepszym wypadku straci czucie w nodze... Musisz trafić idealnie w ten punkt- wskazał ponownie. -Opowiem ci pokrótce o więzadle piszczelowym- po raz trzeci wskazał na kolano.
Lekcja trwała około dwóch godzin. Opierała się na teorii. Na następną lekcję, która odbyć się miała dokładnie za tydzień, zaplanowane były strzały do ruchomych manekinów w ich "kolana".
Nadeszła pora lanczu, który Lawler zjadł sam, no nie wliczając swojej niani. Pan Agu'en zajmował się biznesami a matka, no cóż matka pewnie siedzi u jakiejś szlachcianki na kawie.
Resztę dnia spędził na nauce "umiejętności kultury" jak to nazywała jego niania. Spotkał się również z Glorią, z którą później poszedł posiedzieć w ogrodzie.
                                        -----------------
Ciszę jaka panowała w pokoju przerwało pukanie w drzwi. Była to jakaś kobieta wołająca Lawlera na obiad. Obiady zwykle jadali we trójkę- on, jego matka i ojciec. Tak było również dzisiaj. Duży stół, a przy nim tylko trzy osoby. Był jednak bogato zasłany.
Rozmawiali o nauce Lawlera i polityce państwa. Tematem głównym były również plotki, które od razu dementował. Lawler nie brał udziału w rozmowie niepytany. W sumie to nawet nie wsłuchiwał się w rozmowę rodziców, jednak jedno zdanie przykuło szczególnie jego uwagę. "Wallern mówi że pozbędzie się kilku chłopów nie przynoszących zysku państwu. Nikt nie przecież nie będzie pasożytem "Lost River"."  
Tylko dlaczego to go tak zainteresowało? Norma- król pragnie pozbyć się "szkodników" w państwie.
  -Których?- Odezwał się. Ojciec spojrzał na niego srogo. Nie lubił gdy przerywało się mu w rozmowie.                                                                                                                                                                              -Wszystkich.- Odpowiedział jednak spokojnie.                                                                                             -Dokładniej?- Kontynuował syn.                                                                                                                 -Mam podać ci konkretne nazwiska?- Zaśmiał się złośliwie ojciec.                                                               -Tak, tego bym oczekiwał gdybyś mógł to zrobić.- Powiedział przełykając kawałek ziemniaka.                     -Ech, wyślę specjalnego posłańca aby dostarczył ci listę synu.- Ojciec robił sobie z niego żarty, zawsze traktuje go tak poważnie a teraz śmieje się z niego.                                                                  
    -Dziękuję bardzo ojcze.- Uśmiechnął się i wstał. -Będę czekał w pokoju.- Odłożył serwetkę. -Matko, czy mogę odejść od stołu?- Pani Larkins kiwnęła głową.
Oczywiste było dla niego że ojciec nie mówił tego na poważnie ale istnieje cień szansy że ojciec potraktuje go poważnie i dostanie na prostej kartce kilka nazwisk.                                                        
                                                 -------------
Następny dzień upłynął bardzo wolno. Miał zaplanowaną naukę języka Raland'ckiego i  naukę odróżniania i zastosowania prostych syropów leczniczych. Do obiadu czekał na spotkanie z ojcem. Okazało się jednak że ojca na obiedzie nie będzie.
Smutny wrócił do pokoju. Tam jednak zastała go niespodzianka. Na łóżku leżała koperta z kartką w środku:
Lista Egzekucyjna:
1.Salmaychay                                                                                       
2.Perydway                                                                                                              
3.Kransmay                                                                                            
4.Vayen                                                                                                 
5.MCkartey                                                                                             
6.Pantragoyey                                                                                          
7.Murderess.                                                                                           
8.Kuskay
Jego ojciec jego prośbę potraktował poważnie?! Rzeczywiście miał taką nadzieję bardzo nikłą, która zgasła po obiedzie. Był zadowolony. Przy najbliższej okazji zobaczenia się z ojcem zamierzał mu podziękować. Na następny dzień postanowił opuścić naukę posługiwania się mieczem i tarczą. Miał inne plany- chciał sprawdzić czy ci ludzie nie zginą na darmo. Sam nie wiedział czemu mu tak na tym zależało. On po prostu chciał sprawiedliwości. Może i charakter miał po ojcu ale nigdy nie pozwoliłby ludziom ginąć "na darmo".
                                                  -----------------
Po śniadaniu zawiadomił nianię żeby się nie martwiła powiedział że umówił się z Glorią na pomodlenie się w kościele o zdrowie chorej ciotki. Oczywiście było to bzdurą ale ubezpieczało go to na parę godzin.
Musiał udać się do Wiatonu. Najbiedniejszej części miasta, w której tak naprawdę nigdy nie był. Był w Tangarze ale w Wiatonie, nigdy.
Gdy wszedł na Witońską ulicę pierwsze co zauważył a raczej poczuł to smród. Smród ze stajni. Po przejściu paru metrów uświadomił sobie jak bardzo Wiatońskie domy odstają od "normalnych" domów. One były głównie z kamienia- bo tego akurat nie brakowało. Na ścianach domów nie wisiały piękne zdobione drewniane tabliczki z nazwiskami, tylko szare blaszane tablice, pokryte rdzą.
Niemal potknął się o kamienie przed furtką przy domu MCkartey'ów. Na ogródku przed domem nie rosło nic poza sałatą wyjedzoną przez ślimaki. Po natarczywym stukaniu w drzwi w końcu otworzyła je młoda kobieta z dzieckiem na rękach.
     Odchrząknął.
  -Witam. Jestem posłańcem z... dworu.- Skłamał. -Chciałbym zadać kilka pytań gospodarzowi... lub gospodyni.- Poprawił szybko. Kobieta podniosła wzrok. -Nasz hojny władca chciałby poprawić sytuację w rodzinach Wiatońskich. Padło na panią. Gratuluję.- Kobieta się rozpromieniła i gestem zaprosiła przybysza do środka. Najwyraźniej niemiła wątpliwości nawet co do jego młodego wyglądu. Jednak gdy przekroczył próg domu wiedział dlaczego nie miała podejrzeń.
W kuchni stał jedynie jeden drewniany regał z drewnianą miską, w której była sałata pogryziona przez ślimaki i obok stał dzban z wodą. Dom miał prawdopodobnie tylko dwa pokoje, ten drugi zasłonięty był białym prześcieradłem. W pierwszym stało jednak spore łóżko a przy nim mały piec.
-Wody?- Spytała zachrypniętym głosem. Jednak uważał że szklanki będę w opłakanym stanie a woda lodowata lub przesadnie ciepła więc zaprzeczył. Kobieta położyła dziecko na łóżku i usiadła przy stole.         -Więc...- Wyjął zgniecioną kartkę i pióro z kieszeni.- Zadam pani kilka pytań a pani odpowie na nie szczerze.- Zbadał jej spojrzenie i uznał że się zgada. -Ile ma pani dzieci i czy jest żonata?- Zaczął pisać na pustej kartce.                                                                                              
-Eee... Mam czworo dzieci.- Mówiła cicho. -Mój mąż jest myś...- Zobaczył przerażenie w jej oczach. -Myślicielem- Powiedziała głośno. Lawler skinął tylko głową.                                                        
 -Gdzie reszta dzieci?- Rozejrzał się po ciasnym pomieszczeniu.                                                                      -Bawią się na dworze. Zawołać?- Była jakby poddenerwowana. Zaprzeczył.                                                -Co dobrego zrobiła pani dla Lost River odkąd osiągnęła pani dojrzały wiek?- Spojrzał w jej oczy, były zielone i małe.
Po chwili zawahania odpowiedziała.                                                                                                              -Zapewniłam im czterech mieszkańców i czasem sprzątam na Tangarze liście i takie...- Splotła ręce.              -Rozumiem.- Nie, on również skłamał. -Dobrze dziękuję bardzo.- Zapisał coś szybko na kartce pożegnał kobietę i wyszedł.                          
Następny dom należał do Vaen'ów. Mieszkało tam ośmioro osób. Następne domy z listy nie były tak liczne. Zadawał wszystkim te same pytania a po ostatnim kończył zapis i wychodził.
Ostatni dom jaki mu pozostał był prawie na samym końcu i należał do rodziny Murderess. Dom był wykonany z kamienia a podwórko było ozdobione nieściętą trawą, krzakami i gdzieniegdzie kwiatami. Drzwi otworzyła niska kobieta, prawdopodobnie w wieku jego matki. Powiedział tą samą kwestię, jednak ona niechętnie zaprosiła go do domu. Usiedli na kanapie.      
  - Ile ma pani dzieci i czy jest żonata?- Zaczął od razu.                                                                                   -Mam dwójkę dzieci i mój mąż nie żyje.- Kobieta poczuła w sobie gniew. -I tak się składa że to wy go zabiliś...- Kobieta ukryła twarz w dłoniach i cicho szlochała.
  -Mamo, nie wi...- Do pokoju weszła niska blondynka z długimi fałdowanymi, blond włosami. Miała niebieskie, duże oczy, malinowe usta a twarz w kształcie owalu. Dziewczyna szybkim krokiem podeszła to matki. -Mamo co się stało?- Przytuliła ją , nie słysząc odpowiedzi wyprowadziła do sypialni. Jednak wróciła i stanęła nad nim.
  -Kim. Ty. Jesteś?- Mówiła głośno i wyraźnie. Powiedział jej to co każdemu kto otworzył drzwi. Dziewczyna splotła ręce na piersi i zaczęła się śmiać. -Ta, ty naprawdę myślisz że się na to nabiorę?-               -Szczerze mówiąc to miałem taką nadzieję.- Wyszczerzył zęby. -To co odpowiesz mi na kilka pytań?- Uniósł kartkę.                                                                                                                                
  -Tam są drzwi- Wskazała Keara. Nienawidziła szlachciców tym bardziej władz królewskich. Chłopak podniósł się. Był wyższy od niej o głowę.                                                                              
  -Dobrze. Ale żebyś później tego nie żałowała.- Keara tylko zaczęła się śmiać i zamknęła drzwi na zasuwkę.
                                                              ---------
Po wyjściu z podwórka zapisał coś szybko i postanowił wrócić na dwór.
Dopiero teraz spostrzegł jaka przepaść jest między choćby placem głównym a Wiatonem nie wspominając już o dworze.
W pokoju usiadł przy biurku i zapalił lampę. Postanowił dokładnie przeanalizować listę a wieczorem przekazać ją ojcu i przedstawić swoje argumenty co do listy egzekucyjnej.
Lista Egzekucyjna:
1.Salmaychay nie zmienne 
Przy zakończeniu każdej rozmowy dopisywał jakiś argument, który miał podważyć śmierć danej rodziny lub "nie zmienne" mówiący o racji- jeśli tak można to nazwać, egzekucji.
2.Perydway nie powinno dojść do egzekucji tej rodziny z racji na to iż: Panna Perydway codziennie sprząta stajnie koni jej mąż zaś tnie drzewo na opał, które przynosi później do miasta a ich dzieci są jeszcze małe- najstarsza córka zajmuje się ich wychowaniem.
 Tym razem jednak postanowił dać ojcu do myślenia i przedstawić wszystkie argumenty jakie wygrzebał od tej rodziny.
3.Kransmay ojciec jest myśliwym dla Tangarskiego sklepu, ich matka zaś zajmuje się wychowywaniem dwuletnich bliźniąt                                                                                          
4.Vayen nie zmienne                                                                                                
5.MCkartey nie zmienne                                                                                            
6.Pantragoyey nie zmienne                                                                                         
7.Murderess  nie zmienne pomimo interesującego nazwiska                                                                 8.Kuskay  mieszka tu szlachcic, który stracił majątek przepijając cały w tutejszej karczmie, jednak ze względu na pochodzenie uważam że nie powinien być stracony o głowę.
Około godziny 16 ojciec wezwał go do swojego gabinetu. Lawler uznał to za doskonałą sytuację do przekazania mu listy.
Gabinet był dość małym pomieszczeniem, no przynajmniej patrząc przez pryzmat dużych pomieszczeń w pałacu. Na przeciw drzwi, przy ścianie stało ciężkie ciemne biurko, na którym widniały różnego rodzaju zapisane jak i czyste papiery,  stał na nim również wykonany z czarnego metalu stojak na pióra i ołówki. Z drugiej strony przy ścianie stała duża półka na książki. Ojciec siedział na fotelu i czytał jakąś cienką książkę.
   Uniósł wzrok i zamknął książkę.
   -Och jesteś.- Powiedział bez wyrazu.                                                                                                            -Tak ojcze. Ale wydawało mi się to normalne skoro chciałeś żebym przyszedł.- Podszedł bliżej biurka.          -Owszem.- Uśmiechnął się ledwo zauważalnie. -Przyjaźnisz się z młodą Simonettą, prawda?- Nie czekał na odpowiedź. -Mam coś dla niej do przekazania.- Podał mu brązowy bez kształtny papier. Po zabraniu paczki uznał że jest cięższa niż mogłoby mu się wydawać. -Powiedz że to ode mnie i przekaż pozdrowienia dla ojca.- Nie patrzył już na niego, z powrotem zaczął czytać lekturę.                                                              -Ojcze- odchrząknął. Ten uniósł wzrok, zapewne myślał że już wyszedł. -Chciałbym z tobą porozmawiać o liście, który mi dałeś.- Wyjął z kieszeni kartkę.                                                                      
   -Usiądź.- Wskazał fotel przed biurkiem. -O co więc chodzi?- Odłożył książkę.                                            -Sprawdziłem nazwiska, które mi podałeś i... przyniosłem ci listę myślę że warto się nad tym zastanowić.- Podał mu kartkę. Ojciec delikatnie wyjął ją mu z ręki.                                                              
    -Perydway- zaczął czytać na głos -Stajnia koni? Robi to codziennie. Cały dzień?- Lawler kiwnął głową. -Dobrze jeśli zależy ci na ich życiu wniosę do Wallern'a aby nie uśmiercał tej rodziny. Choć dzieci i tak nie zostałyby uśmiercone.- Lawler jednak nie odzywał się i czekał aż ojciec zacznie czytać dalej. -Kransmay. Ech sprawdzałem sklep i uważam że mięso jest złej jakości, jest to sklep mięsny. Nie przynosi zysków. Niestety ale ojciec zostanie uśmiercony.- Lawler jednak dalej się nie odzywał. -Matka również zostanie uśmiercona. Dzieci przesłane zostaną do sierocińca. -Jak można pozbawić tak małych dzieci matki? Zadawał sobie pytanie w myślach. Ojciec zaczął się śmiać. -Murderess. Rzeczywiście zaskakujące. Gorszego nazwiska nie widziałem w życiu.- Śmiał się szyderczo. -A nie czekaj Kuskay. Ale to szlacheckie o ile się nie mylę. Tak szlacheckie.- Przeczytał z kartki. -Ach, świetnie Lawlerze. Dbasz o krew szlachecką. On również nie zostanie uśmiercony ale ktoś zadba o jego pracę. -Zwinął kartkę i odłożył na biurko. -Egzekucje odbędą się już w piątek więc pozostało im dwa dni. Zawiadomię Wallan'eya o "ocalonych" ludziach. Możesz odejść synu.

Jarmark

-... Zdechły kot.- Skończyła opowiadać Keara. Uniosła brew, jakby czekała na reakcję przyjaciela.
-Eh...- Wymamrotał Neil. -Po prostu książka przerosła cię inteligentnym przekazem. - Wstrzymał śmiech.
-Bardzo zabawne Beloved.- Lekko pchnęła przyjaciela. Położył się powoli na trawie i zamknął oczy. -Kocham swoje życie.- Westchnął. -Popatrz Keara mamy wszystko czego trzeba. Rozejrzyj się jak tu pięknie !
Rzeczywiście Neil miał rację. Polana, na której przesiadywali była taka urocza. Szczególnie latem- w sierpniu. Od zachodniej i południowej strony otaczały ją piękne gęste drzewa, gdzieniegdzie znajdowały się nawet dzikie jabłonie i grusze. Trawa była wyjątkowo zielona i dzika. Leśna polana nie należała do nikogo. Jakieś 500 metrów od nich słychać było pulsującą rzekę, obijającą się o kamienie. Rzeka zatrzymywała się w małym jeziorku i ciągnęła dalej. Keara i Neil zawsze w lato pływali w niej, czasem nawet godzinami. Dziś jednak postanowili nie skorzystać z tej przyjemności. Wiał lekki wiatr, który nadawał  większy klimat temu miejscu. Gdzieś daleko za kilku kilometrową polaną rozciągała się mała wioska. Keara co tydzień odwiedzała ją aby kupić pszenicę i warzywa (których nie posiadał mały ogród przy jej domie).
Tę polankę można było z pewnością nazwać jej ulubionym miejscem. Położyła się na trawie. Kilka chwil zajęło jej znalezienie odpowiedniej pozycji na wygodne czytanie książki. Co prawda czytała ją już dwa razy, ale przecież im więcej przeczytasz tym będziesz mądrzejszy.  Książka oprawiona była w czeroną tkaninę, prawdopodobnie z bawełny. Nie posiadała tytułu. Każda litera zamieszczona w środku była odpowiednio kaligrafowna, jak w średniowieczu. Nie posiadała również autora. Keara nadałaby jej tytuł "Walka o wiarę". Zamieszone informacje mówiły o trzech przyjacielach, którzy bronią swego miasta. Jak oni go nazywali? "Swoją ostoją". Książka kończy się tak że cała trójka ginie zabita przez... kota? Tak koniec rzeczywiście był głupi i bezsensowny. Ostatni akapit książki opowiada, jak to matka jednego z nich znajduje zdechłego kota we własnej sypialni. Tego samego kocura, który zabił jej syna. To właśnie opowiadała Neile'owi. Próbowała opisać sens tej książki. Sama książka była wspaniała tylko, tylko to zakończenie ! Tak jakby napisane przez innego autora. Keara czytała tą książkę tyle razy żeby w końcu zrozumieć jaki ma sens zakończenie. To tak jakby ktoś przeczytał że w książce znajduje się trzech bohaterów i napisał zakończenie "na odwal się". Zawsze zastanawiało ją skąd jej matka ma tą książkę. Jednak jak tylko pytała o książkę matka udawała że musi coś szybko załatwić. Taka już była. Nie umiała poradzić sobie z trudnymi pytaniami. Ale małej Kearze pytanie to nie wydawało się trudne. Z wiekiem przestała zadawać pewne pytania. Nauczyła się dobierać odpowiednio słowa.
W końcu zaczęło robić się ciemno a trawa stała się chłodna i wilgotna. Słychać było skrzypienie świerszczy, mieszających się z rechotem żab. Słońce na niebie zaczęło powoli zachodzić. Przejrzysta, bezchmurna przestrzeń nabrała pomarańczowego koloru.
Keara zamknęła książkę i powoli się podniosła. Ubrana była w sukienkę z delikatnego materiału, kolor miała biały, który w parne dni skutecznie "odpychał" słońce. Robiło się coraz zimniej a jej ubranie nie było odpowiednio dostosowane do coraz niższej temperatury.                                                                                -Hej- Usiadła obok przyjaciela.- Neil. Neil chodź idziemy, robi się ciemno.- Neil przetarł oczy. We włosach miał kawałki ziemi. Zmierzwiła mu włosy. Chłopak uśmiechnął się i powoli wstał. Podał jej rękę a ona z wdzięcznością przyjęła pomoc.                                                                            
   -Wiesz co?- Zaczął Neil. -Kiedyś postawię tu dom, a kąpiele będę brał w rzece.- Keara się zaśmiała.          -A ja zamieszkam w pałacu. Tak jak Zelda. Będę wszystkim rządzić i dawać biednym pieniądze. Codziennie chodzić będę po rynku i patrzyła na to co będzie moje.- Rozmarzyła się Keara.                                  -Zelda miała dużo szczęścia. Pamiętasz wszystkich zdziwienie jak nasz kochany książę Patric oznajmił wszystkim iż hajta się z Zeldą?- Oboje wybuchli śmiechem.                                                
    -Hajta się? Naprawdę Neil? Kto tak mówi?- Popchnęła go lekko w stronę rzeki. Niespodziewanie wpadł do niej. -Neil! Ty idioto!- Chłopak z łatwością wyszedł z miejscami głębokiej rzeki.                                            -Ach ty.- Zaczął ją gonić a ona chowała się między drzewami. Gdy ją dogonił przewrócili się na ziemię. I próbował wrzucić do rzeki. -Teraz ci się dostanie.- Zaśmiał się. Keara udawała że jest na niego wściekła.          -Neil!- Krzyknęła próbując uciec. Jednak wciąż się śmiała.                                                                          -I co teraz? Co ja teraz mam z tobą zrobić Murdress?- Kera wzruszyła ramionami. Jej przyjaciel był chyba jedyną osobą nie naśmiewającą się z jej nazwiska. Oczywiście była dumna z tego jak się nazywa tylko że wszyscy w okół śmiali się z niego. I tak uważała że ma sto razy lepiej od swojego brata, który również nazywał się Murderess.                                                                                                    
     -Może puścić? Niedługo skończy mi się tlen w płucach.- Neil położył się na błotnistej glebie. -Wiesz teraz to naprawdę zrobiło się zimno.- Splótł ręce na piersi.                                        
     -Tak, wracamy. Niedługo nie będzie można już dostać się do miasta.
W Zagubionej Rzece czyli ich mieście-państwie obwiązywał regulamin udoskonalany przez każdego króla rządzącego państwem. Jedną z zasad panujących w mieście/państwie były zamykane wszystkie bramy prowadzące do miasta. Wszystko to ze względów na bezpieczeństwo. Dzika zwierzyna, bandyci były początkiem krótkiej listy zagrożeń dla państwa. Przed bramami stali strażnicy gotowi w razie napadu wszcząć alarm i zwołać pomoc. Jednak Zagubiona Rzeka słynie z wyjątkowej ostrożności i po godzinie 22:00 zamykane są wszystkie aktywne bramy. Podróżnicy i Handlarze noc mogą spędzić w gospodzie "Skażony Mlecz" oddalonej od miasta o kilometr. Położona była tak jak i państwo po środku ogromnego lasu mieszczącego co najmniej trzy inne państwa i około dziesięciu innych wsi.  Przy "Skażonym Mleczu" znajdowała się świątynia, w której uczeni byli kapłani.
                                                                 -----
Państwo położone była na małych skałach, a w promieniu otaczającym około pięćset merów roztaczała się zielona zarośnięta trawa, na której dzieci pilnowane przez rodziców bawiły się w ganianego. Rodziny często robiły tam pikniki. Ogólnie rzecz ujmując było to miejsce tryskające życiem. Ale tylko na przedzie miasta, bo tylko tam znajdowali się strażnicy. Z tyłu wielkich, granitowych murów były tylko krzaki, sucha trawa i stare drzewa.
Tego się w sumie spodziewali. Nawet nie dochodzili do bramy. To nie był pierwszy i zapewne nie będzie ostatni raz jak wrócili po regulaminowej godzinie. W letnie dni słońce zachodzi bardzo późno, z tego powodu kompletnie stracili rachubę czasu.  Już jako dzieci wielokrotnie przydarzała im się taka sytuacja. Po wschodniej stronie, przy zaschniętej trawie położone było wejście do miasta. Była to grota zagrodzona kratami.Wejście te przeznaczone było setki lat temu dla wozów kupieckich, mogło to być tak zwane "wyjście ewakuacyjne" z miasta. Jednak zardzewiałe kraty świadczyły o tym że dźwignia na wysokiej strażnicy, potrzebna do rozchylenia krat, używana była od niepamiętnych czasów. Ludzie rzadko wchodzili na drogę prowadzącej do owego wyjścia. Drogi, o ile można nazwać to drogą. Średniej wielkości kamienie w miarę tego samego kształtu były położone obok siebie, co wcześniej dawało piękny efekt, zaś teraz wyglądało śmiesznie. Kamienie po rozstępowały się od siebie, niektóre popękały a szczeliny między nimi zarosła wysoka trawa. Więc po co ludzie mieliby odwiedzać taką część miasta? Główne drogi, wciąż odnawiane, nadal wyglądały przepięknie.
Gdy pierwszy raz gdy wrócili po 22 mieli 10-12 lat. Byli zrozpaczeni. Chcieli pójść do gospody jednak jej właściciel stary Feal wygonił ich gdy tylko powiedzieli że nie posiadają żadnych pieniędzy. Odwiedzili kapłanów, oni jednak dla odmiany wyznawali zasadę "Errare non est." Przekładane z łaciny "Nigdy błędu tego nie popełnisz ponownie". Wrócili wtedy pod miasto. Obeszli go dookoła szukając jakiegoś wejścia. Nie było żadnych, oprócz licznych bram służących dla powozów konnych, transportujących żywność do sklepów. Znaleźli jedyne wejście, które mogliby otworzyć. Jednak wtedy było również zamknięte. Wpadli na pewien pomysł. Od skał odłamywały się dość duże kawałki kamieni, które później leżały na ziemi. No tak ale jak dwójka dzieciaków ma przenieść tak wielki kamień? Było to dość proste. Był wtedy listopad więc była to pora jesienna, deszczowa. Dzieciom dawano narzuty, futra, nawet stare pościele które szyło się na kształt kurtki. Każdy dawał dzieciakom to co miał. Keara nosiła wilczą narzutkę, którą podarował jej ojciec na urodziny, a Neil wdział niedźwiedzie grube futro. Keara i Neil byli pomysłowymi dzieciakami (co zostało im do tej pory). Neil zdjął swoje futro i rozłożył je na ziemi tuż przy kamieniu, który wcześniej oboje wybrali. Narzutą Keary pchali kamień aby ułożył się na futrze. Narzutka potrzebna była im do celów technicznych- nie zrobieniu sobie odcisków na palcach. Gdy kamień znalazł się na na futerku, długą narzutą obwinęli kamień do o koła i zaczęli go ciągnąć. Futro Neila było śliższe od sierści wilka. Co ułatwiało przesuwanie się w stronę bramy. Po długich zmaganiach w końcu pokonali te pięć metrów, które przy takim wysiłku wydawało się tysiącami kilometrów. Bez odwijania futra wilka przywiązali kamień do bramy. Miasto było na górce. Ułatwiło to im pracę. Stanęli po obu stronach kamienia, który dla takich dzieci wydawał się wielkim głazem. I pchali go z całych sił w dół. Aż w końcu zaczął się staczać. Wyrywając zardzewiały, stary, słaby metal. Przejście było na tyle wąskie że dwójka szczuplutkich osób zmieściłaby się w nim za łatwością. Po świętowaniu zwycięstwa postanowili wstawić metal z powrotem dla niepoznaki. Tylko teraz jak? Unieśli pustą w środku kratę i jedno z nich trzymało ją w wejściu a drugie pobiegło po mały kamyk. Gdy dostali się do miasta. Wsunęli kamyk pod kratę i się trzymała. Choć ich futra były brudne i zdarte odnieśli najprawdopodobniej największy sukces dotychczas. Wiadome było że przyda im się to na długie, długie lata.
Teraz wystarczyło wysunąć kamień znad suchej gleby. Wejście do położone było w głównej części miasta. W głównej części miasta znajdował się targ, kościół a przy nim mały cmentarz, na którym nie chowano zwykłego obywatela lecz szlachciców, dworzanin-ów, rycerzy, kapłanów, władców. Poza sklepami znajdował się również szpital. W tę część miasta wchodziło się z Tangaru czyli z miejsca gdzie znajdowało się główne wejście i najważniejszy sklepy. Najważniejsza strefa części głównej położona była od razu z przekroczenia przejścia na Tangar. Nie było to jakieś spektakularne przejście tylko trzy szerokie schodki. Strefa pierwsza (najważniejsza) była szerokim okręgiem pośrodku którego znajdował się zegar słoneczny, na około szerokiego placu rozciągały się sklepy. Na placu zazwyczaj bawiły się dzieci, chodzili strażnicy. Znajdowały się tam również cztery małe złote fontanny. Każda z nich przedstawiała coś innego. Rozmieszczone były równo na około zegara. Pierwsza pokazywała pulchnego niskiego mężczyznę ubranego w bogate szaty. Jego delikatnie wysunięta ręka chyląc się w dół ozdobiona była pierścieniem na którym znajdował się okazały topaz. Jeden pierścień charakterystyczny dla najwyższej ustosunkowanej osoby w państwie. Jego  gruba peleryna zamoczona w przezroczystej wodzie, wyglądała niemal tak jakby aktualnie w tej chwili wiał lekki, wiosenny wiatr. Z jego berła, na którym się podpierał w trzy strony sączyła się przejrzysta woda. Druga figura w fontannie przedstawiała wysoką kobietę z długimi włosami za plecy. Była delikatnie pochylona w ręce trzymała jakiś pojedynczy kwiat najprawdopodobniej stokrotkę to właśnie z niej wylatywała woda. Miała ciasny gorset, od pasa w dół widniała na niej szeroka suknia, w której zresztą wyglądała wystawnie. Była szczupłą kobietą. Rzeźbiona twarz wyglądała pięknie. Mały nos, średniej wielkości usta w delikatnym uśmiechu i pełne oczy. Trzecia rzeźba prezentowała małą dziewczynkę ubraną w sukienkę sięgająca kostek, przez jej pas przechodził zwykły pas a na klatce piersiowej układały się pionowe paski. Włosy spięte miał w kok z fryzury opadał strumień wody. Jej twarz wyglądała łagodnie malował się na niej szeroki uśmiech. Czwarta rzeźba. Ta wyglądała inaczej może dlatego że był na niej staruszek. Wysoki, wyprostowany, dumnie spoglądał w górę, niedużo by tu opisywać wyglądał poważnie... inaczej. Zapewne trudno było umieścić na tej postaci fontannę, rzeźbiarz postanowił to zrobić na pierścieniu i chyba postąpił najrozsądniej. Każdy obywatel Zagubionej Rzeki wie że te piękne, złote rzeźby przedstawiają pierwszego założyciela państwa, wtedy jeszcze małej wsi ale to on zapoczątkował budowę tak pięknego miasta. Pulchny mężczyzna to jego syn i to on kontynuował rozbudowę maleńkiej wsi na... wieś tyle że dużą i bogatą, berło, które ma w ręku musiało znaleźć się w niej przypadkiem ale cóż. Reszta to jego piękna żona i urocza córka.
Pomiędzy sklepami znajdowały się drogi i dróżki prowadzące w różne miejsca np. Na drodze pomiędzy szewcem a piekarzem (od razu za tymi sklepami był zakręt w prawo i dosyć długa droga) rozciągały się domy zarówno sklepikarzy jak i handlarzy. Jedna czwarta tych domów była do kupna.
Mała, kręta dróżka między krawcem a sklepem z warzywami zdobywanymi we wsi z pobliża prowadziła na sporawy targ, który był głównym źródłem zarobków dla ludzi pokroju rodziny Murderess. Biedni, znów dam przykład Murderess'ów kupowali tam stare ciuchy dla dzieci, zniszczone obrazy i książki, także wiele innych rzeczy.
Inna ulica prowadziła do drewnianego szpitale wznoszącego się na wysokich schodach. Lub droga do kościoła i położonego przy nim cmentarza. Prowadziła do niego główna droga, od której prowadziła na tyły mała zarośnięta dróżka. Tam właśnie znajdowało się wyjście.
Tangar to w nim znajdowało się główne wejście od niego prowadziła prosta droga prowadząca do schodów w górę. Przy samym wejściu znajdował się kowal. Jego sklep posiadał taras, na którym stało kowadło i duży piec. Obok było wejście do jego prywatnego domu. Tangar był najmniejszą częścią miasta. Znajdowała się tam jedynie jedna główna droga. Na tyłach sklepów znajdowało się głównie drewniany ogrodzenie, w którym pasły się owce lub kozy. Po przeciwnej stronie kowala znajdowała się wielka stajnia sięgająca jeszcze części Witaońskiej. Był to mały sklep do którego wchodziło się by załatwić sprawy formalne. Obok wejścia znajdowała się wysoki drewniany płot, prowadzący do małych stajenek, na samym końcu znajdowała się gnojówka. Śmierdząca gnojówka. Cała stajnia była otoczona drewnianym wysokim płotem, a sklep wykonany był z dębowych desek. Nad drzwiami wisiał szyld z podkową i napisem "Stajnia zmieszchniałego centaura".
Przy stajni znajdowały się ciasno porośnięte kasztanowce i buki. Jakieś pięć metrów od stajni znajdowały się malutkie brzydkie, szare trawiaste schodki prowadzące w dół zbocza. Przy schodach rosły jarzyny a niedaleko nich znajdowała się najokazalsza i z pewnością najlepsza karczma w całym państwie. Popękane drewniane schody prowadziły do kamiennego budynku z drewnianymi okiennicami i kształtem przypominającymi rybacką sieć stalowymi kratami. Przy karczmie znajdowały się jedynie schody prowadzące do części głównej. Natomiast po przeciwnej stronie mieściły się ciasno niemalże przyległe sklepy.
Wiaton. Najbiedniejsza część Zagubionej Rzeki. Od schodów prowadzących z Tangaru prowadziła popękana, kamienista, stara droga. Droga od razu skręcała w lewo i dalej prowadziła w miarę prosto. Przy zakręcie mieścił się kamienisty budynek z brudną pękniętą szybą, na jej wystawię znajdowały się białe serwety na których stać powinny ozdobione ciasta ewentualnie sam chleb. To była okoliczna piekarnia. Pomiędzy ogrodzeniem stajni schodzącej w dół a drogą znajdowała się apteka. Podstawowym lekiem, który można była tam znaleźć była penicylina i jod, czasem pojawiła się maść na oparzenia ale raczej nie można było na nią liczyć. Dalej (omijając stajnie i towarzyszący jej smród) mieściły się domy, niczym nie przypominające te Tangaru lub strefy głównej. Domy te zazwyczaj miały ogrody z warzywami, te najstarsze mogły pochwalić się większymi ogrodami. Na samym końcu drogi widniała brama prowadząca na pola ogrodzone wysokim płotem.
I ostania Dworzańska część. Prowadziły na nią wysokie schody na przejściach między nimi znajdowały się fontanny. Pomijając strażników pilnie stojących na warcie w dzień i w noc. Znajdował się tam gigantyczny plac, pośrodku którego mieściła się ogromna fontanna. Na przeciw fontanny mieścił się ogromy, wysoki zamek. Po innych stronach placu znajdowały się wyniosłe pałacyki, w których mieszkali dworzanie. Za zamkiem mieścił się wielki ogród.
                                                   ---------

Była późna godzina. Ulica w ogóle nie przypominała tej samej kamienistej dróżki co za dnia. Ukryta była za starą świątynią. To był kościół, Keara nie była osobą wierzącą. We wtorki i niedzielę wychodziła z domu zazwyczaj przed mamą. Udawała się tam w pięknych sukniach, umytych i uczesanych w pukiel włosach. Zakładała również wyjściowe buty, które dostała od matki. Pani Andrea chyba wygoniłaby z domu swoją córkę gdyby dowiedziała się że jej wiara... No właśnie jaka wiara? Więc Keara pięknie wyszykowana udawała się w niedzielę do świątyni na godzinę 9 rano. We wtorki nie obowiązywał już tak uroczysty strój. Ludzie przychodzili ubrani prosto, schludnie, nieschludnie. Gdy dziewczyna dotarła już do kościoła stała z boku na zewnątrz i czekała na przyjaciela. To zresztą właśnie Neil przekonał ją o tym że przynajmniej ich zdaniem wiara nie ma sensu. Nie żeby Keara była osobą, która nie ma własnego zdania ale nigdy nie była szczególnie wierną osobą. Na mszy zwyczajnie się nudziła. Przeciwieństwem tego była jej matka. Gdy Keara była mała wraz z bratem i ojcem chodzili na msze. Jej starszy brat Culley często zasypiał w ławce za co dostawał lanie w domu, od matki. Andrea była dobrą matką. Mimo iż karciła swoje dzieci za nieposłuszeństwo. Często potem płakała gdy na ciele jej brata pojawiały się siniki. Culley nie był złym dzieckiem. Jak to chłopiec czasem narozrabiał jednak gdy przesadzał przepraszał i starał naprawić wyrządzone szkody. Jednak to nie zawsze wystarczało dla jego matki. Częstą karą poza "zlaniem" dzieciaka był zakaz czytania książek i wychodzenia na dwór, łącznie z nauką podstawowych umiejętności np.Posługiwania się mieczem lub łukiem, nauka o roślinach, przyrządzanie prostych potraw, itp. Tak ale czy czytanie książek to taka wielka kara dla dziesięciolatka? A tak, Culley kochał czytać książki o różnych tematykach. Jedyną książką jaką matka pozostawiła mu w pokoju była Biblia, którą dokładnie przestudiował już w wieku ośmiu lat .Bywały i takie dni kiedy jego karą była głodówka nawet w tak uroczysty dzień jak niedziela. Culley zamykany był wtedy na strychu. Spał na słomie, na stoliku leżała biblia, świeca i zapałki. Siostra przynosiła mu chleb, wodę czasem kaszę. Za co Culley był tak karany? Za to że był dzieckiem. Dokuczał dziewczynką jak to dziesięciolatek, bił się z kolegami, kradł z piekarni, wypuszczał owce i bydło z pastwisk a później patrzył jak biedni pasterze gonią zwierzynę po łąkach. Za wiele innych rzeczy ale nikomu przecież krzywdy nie zrobił. Z wiekiem wydoroślał i zrobił się z niego chłopiec inteligentny, wyrozumiały, opanowany, w odpowiedni sytuacjach poważny. Idealny materiał na syna/brata. karany.
-Keara- Ziewnął Neil. -Ja już zmykam matka pewnie szaleje z niepokoju. Keara tylko kiwnęła głową i ruszyła w przód ciemnej uliczki. W okiennicach było już ciemno. Strażnicy pewnie jak zawsze olali swoją prace i poszli nachlać się do karczmy i popatrzeć na piękne dziewczyny, które chętnie spędziłyby z nimi noc za trochę pieniędzy. "Pod wesołym warchlakiem" zadziwiająca nazwa. Pewnie stary Boon był narąbany gdy wymyślał tę nazwę . Karczma znajdowała się na Tangarze. Keara zbiegła schodkami w dół. Jej dom rodzinny mieścił się bardziej przy bramie na pola. Otworzyła przechylającą się drewnianą furtkę i weszła na podwórko.
W salonie nie świeciły się żadne świece. Pod oknem przy drzwiach znajdowała się komoda. W głębi pomieszczenia była mała kuchnia. Po prawej stronie były fotele, kominek i komoda ze zdjęciami. Wszystko było zakurzona a podłoga skrzypiała nawet po tak delikatnych krokach jakie wykonywała Keara.
Zasunęła zasuwkę w drzwiach. Rozejrzała się po pomieszczeniu. -Nie nikogo tu niema- stwierdziła. Otworzyła drzwi prowadzące do pokoju matki. Znajdowała się tam jedynie ciężka szafa jak i komoda i dębowe łóżko jak zawsze pięknie posłane. Każdy mebel pokrywała gruba warstwa kurzu. Nad komodą wisiał portret rodzinny oprawiony w grubą, ciemną ramę. Znajdowały się tam cztery roześmiane postacie. Wysoki szatyn, jego brodę pokrywał meszek. Miał zadziorny nos i zielone, kocie oczy. Reką obejmował blondynkę- jego żonę. Miała delikatnie kręcone blond włosy sięgające pasa. Miała duże oczy, charakterystyczne dla blondynów. Była niższa o połowę głowy od swojego męża, posiadała mały nos a usta pomalowane na czerwono. Patrzyła ironicznie na małego synka. Miał włosy zaczesane do tyłu niemal identyczne co jego ojciec. Był odzwierciedleniem ojca tylko że gdy był mały. Dłonie miał wsparte na biodrach i patrzył ze złością na małą dziewczynkę, podtrzymującą się jego koszuli. Włosy miała po matce, oczy po ojcu, jej twarz była delikatna i jasna.
-Mamo- szepnęła. Jej matka siedziała na łóżku i wpatrywała się ze łzami w oczach w obraz przedstawiający ich rodzinę. -Mamo wszystko dobrze?- Zapytała mimo iż znała odpowiedź.
Andrea jednak pokręciła tylko przecząco głową. Schowała twarz w delikatnych dłoniach i zaczęła szlochać. Keara podeszła do matki i przytuliła ją. Jutro miała nastąpić rocznica śmierci ojca Keary.
-Mamo, mamo połóż się. Zrobię ci herbatę, dobrze?- Odprowadziła ją na drugą stronę łóżka, wiedziała że po prawej stronie nigdy nie zaśnie.
                                                 ----------------                                                                                                    Kubek parzył ją w dłonie, znad niego unosiła się woń leśnych drzew.                                                       -Proszę.- Podała jej kubek. Matka napiła się jednak tylko łyk i odstawiła go na półeczkę nocną.                   -Minęło już tyle lat- przełknęła łzy, -myślałam, myślałam....- I znów zaczęła. Keara przytuliła ją ponownie i nakazała aby się położyła i próbowała zasnąć. -Myślałam że sześć lat wystarczy.
Mimo ciemności panującej w całym domu można było spostrzec meble. Noc była wyjątkowo jasna. Wchodząc po schodach Keara potknęła się o nie równy kamień i upadła na ziemię. Na końcu króciutkiego korytarza znajdowała się drabina prowadząca na strych. Po bokach mieściły się jedynie trzy pokoje- Kear'y, brata Kear'y i mała biblioteczka. W pokoju dziewczyny nie znajdowało się nic szczególnego poza łóżkiem i brudnymi oknami zasuniętymi upaćkaną czymś zasłonką znaleźć można było tu: stary łuk brata, tarczę przywieszoną na ścianie z białym "L" na sztylecie, nie znajdowało się tu nic szczególnego. Pod łóżkiem była gratowania książek, nie czytanych przez nikogo.
Keara zdjęła suknie i powiesiła ją w szafie, nałożyła oleistą długą suknię do spania i uczesała poplątane od potu włosy. Położyła się jednak długo nie mogła zasnąć jak zniesie jutrzejszy jarmark na cześć rocznicy założenia miasta? I drugie pytanie, jak ona sama go zniesie? Rocznicy śmierci ojca nie obchodzi się codziennie.
Po długich godzinach wiercenia się w łóżku w końcu udało jej się zasnąć. Wstała o świcie. Na zasłonkach nieostatnie próbowało się przebić światło. Dała za wygraną i odzusęła zasłony. Ach, tak. Piękny dzień idealny na jarmark. Pomyślała. Posłała łóżko i zdjęła suknię nocną. Musiało być wcześnie. Na ulicy nie widać było jeszcze żadnych ludzi. Na domach jednak widniały już złoto-niebieskie proporczyki. Pozatym wiedziała że było wcześnie ponieważ jej matka jeszcze spała. Przeczesała swoje włosy i nałożyła tę samą sukienkę co wczoraj. Zeszła na dół. W półce chleba nie było, więc postanowiła wybrać się do piekarni. Wyjęła ze szkatułki na kominku 3 funty.
Dzisiaj już nikt nie szedł na pola. Sklepy otwarte były do siódmej. Więc jeśli wierzyć staremu zegarowi, stojącemu na kminku miała jaszcze pól godziny. Około dziesięć minut zajmowało jej dojście do piekarni. Otworzyła drzwi i w tym momencie dzwonek zabrzęczał po całym budynku. Ze spiżarni wyszła pulchna, niska kobieta o włosach splecionych w kok na czubku głowy.
-Dobry.- Uśmiechnęła się Keara.                                                                                                                    -Och kochanie a dla kogo ten dzień nie jest dobry. Wczoraj to ja ci mówię żabko taki ruch żem miała. Aż mi chleba zabrakło i cała moja rodzina chleb mi piekła a moja Henzel obsługiwała sklep. No wyobrażasz to sobie? Mała dziewięciolatka za ladą. Dobre mi....-                                                      
   -Tak zdołam sobie to wyobrazić... Poproszę dwa bochenki chleba.- Musiała jej przerwać pani Schuck była rozkoszna ale jadaczka się jej nie zamykała. Podała jej 3 funty. Schuck przyjrzała się im dokładnie i powiedziała zmartwionym głosem.                                                                    
   -Przykro mi ale podnieśliśmy ceny. Władze przed jarmarkiem podwyższają ceny podatków... Sama rozumiesz.- Minę miała dość tęgą. -To będzie sześć funtów.                                          
   -Przepraszam nie mam tyle...- Zaczerwieniła się Keara. 3 funty za chleb?! Co to za państwo?! Jej rodzina utrzymywała się z zarobków matki i jej na targu do tego dochodziły jeszcze tylko łupy myśliwskie brata.          -Ach...- Pani Schuck była wyrozumiałą kobietą znała wszystko i wszystkim, przynajmniej w Wiatonie. To ona znała każdą plotką i nowinę. -Wiesz co koteczku? Daj mi te 3 funty i przyjemnej zabawy!- Niemal wykrzyczała.
                                                   -------------
-Gdzie byłaś? Jarmark rozpoczyna się za godzinę.- Powiedziała beznamiętnym tonem Andrea. Podeszła do niej i odebrała chleb. -Śmierdzisz. Idź się umyć, gotowałam wodę na herbatę ale cóż.- To była właśnie szczera do bólu Andrea, która niczym nie przypominała biednej, szlochającej kobietki ze wczoraj.
Wzięła garnek z wodą gotujący się na metalowej kracie i wlała ją do drewnianego wiadra.
Już czysta poszła na górę się przebrać. Założyła delikatnie różową suknię wyjściową. Przeznaczoną specjalnie na taką okazję. Wkładała ją co roku w ten sam dzień. Splotła włosy w wysoki kok.
Na stole jadalnym widniała już uczta. Kasza z jagnięciną. Warzywa z boczkiem. Własny chleb szczawiowy, miód i woda. Na śniadanie jednak je się zwykły chleb z boczkiem, należy przepić go wodą. Tak nakazuje tradycja, której w tym domu ściśle przestrzegano... No przynajmniej tej. Mięli jeszcze 20 minut na dotarcie na jarmark. Później strażnicy przeszukiwali domu aby sprawdzić czy na pewno wszyscy są już na miejscu. Gdyby było inaczej najchętniej ani ona ani jej matka nie wychodziłby tego dnia z domu aby w domowej ciszy wspominać ojca.Tego dnia wyjścia z miasta były zamykane i nawet nikt nie myślał by je otwierać. Keara jak zwykle wyszła z domu pierwsza. Nie wie czy wytrzymałaby spędzając z matką ten dzień.
Na placu Czterech Fontann rozstawiony był już podest, na którym przemawiać będzie król. Ludzie zbierali się tuż przed nim. Z tyłu rozstawione były targowiska z jedzeniem typowo jar marskim. Dwóch giermków zabawiało ludzi.
Keara poszła pod kościół. Aktualnie nawet kapłani poszli wysłuchać przemowy króla. Później ich specjalny post nakazuje im zjeść ucztę w siedzibie na górze kościoła bo tam spali i jadali. Nie było tu nikogo. Czekała na Neila, który z pewnością zjawi się tu za chwilę. Do rozpoczęcia jarmarku brakowało dziesięciu minut.
-Jestem.- Oznajmił Neil. -Matka kazała abym stał przy niej. Wiesz jaka ona jest. Ojciec...- Urwał spojrzał na nią badawczo. -Przepraszam.- Bąknął.                                                                              
 -Za co?- Oni nigdy nie rozmawiali o zmarłym ojcu. Neil czuł się skrępowany a ona sama nie czuła takiej potrzeby. Neil był do tego o tyle dziwny że nigdy nie wspominał o swoim ojcu aby nie sprawić przykrości Kearze. Co ona uważała za kompletną bzdurę.                                                        
 -No wiesz... Dobra Keara zamierzamy się dzisiaj zabawić?- Zaśmiał się. Ona również zmusiła się do uśmiechu. Chciała aby jej przyjaciel nie czuł się ta beznadziejnie jak ona i to właśnie przez nią. -Choć już.
Na placu był już tłum ludzi. Stali na samym końcu ale to jej w sumie odpowiadało.
Nagle muzycy zaczęli grać serenadę typową dla wejścia królewskiej rodziny. Wszyscy jak jeden pies klękli na betonie i pochylili głowy.
Król odchrząknął. Pokazał w geście aby wstali.
-Drodzy poddani,- zaczął - drodzy obywatele Zagubionej Rzeki. Dla Was dzisiejszy dzień to dzień radości, oderwania się od codziennych obowiązków.- Prawda. Każdy oprócz jej i jej matki kochał jarmark "Założycieli" bardziej od wszystkich innych świąt. -Ale obywatele. Muszę niestety ogłosić wam smutną nowinę.- Ludzie spojrzeli po sobie-. Mój najmłodszy syn Webly miał pojąc za żonę Zeldę Chopiks.- To ostatnie słowo powiedział z takim jadem że Keara znienawidziła go jeszcze bardziej. -Ślubu nie będzie. Zelda została otruta.- Ludzie zaczęli na siebie patrzeć, wykrzykiwać że trzeba kogoś za to ukarać a nawet niektórzy zaczęli płakać. -Spokojnie! Osoba odpowiedzialna za tę okrutną zbrodnie została pojmana i poddana karze śmierci, która wykonana zostanie za równy tydzień od zbrodni czyli za cztery dni.
Keara odeszła od tłumu i skierowała się w stronę Tangaru. Zelda- jej najlepsza przyjaciółka z dawnych lat. Gdy miała dziesięć lat ona, Zelda i Neil byli jak rodzina. Po tym jak zamordowano jej ojca Zelda nie wiedziała jak ma się zachować i ją straciła.
Ale tak to prawda Zelda Chopkins nie żyje. Najgorsze jest to że wcale nie wierzyła żeby zabić ktoś ją chciał z służby. O nie, to musiał być ktoś inny.