Zalda nie żyje. Otruta. Nie trudno było się domyślić że została otruta z premedytacją. Która prosta dziewczyna mogłaby przebywać w zamku na tak długi czas? Ale w sumie to nie była jego sprawa. Król zakończywszy długą przemowę nakazał aby wszyscy wrócili do zabawy i sam odszedł razem z grupą strażników po kielich wina. Muzycy i giermkowie powrócili do zabawiania gości. Lawler zobaczył ciasny rząd kapłanów w brązowych szatach, powracających do opactwa. Wystąpienie króla było obowiązkowe, natomiast reszta już nie.
Matka coś do niego szepnęła jednak nie usłyszał. Na placu było głośno. Jego ojciec poszedł pogratulować królowi Wallern'owi "wspaniałej" przemowy. Sam chłopak poszedł wziąć kielich czerwonego wina. Fuj! Wrzasnął w myślach. Jak ludzie mogą to pić. Stoisko dla ludzi "lepszych" znajdowało się z innej strony. Upuścił kielich a ten rozbił się o kamienie.
-Przynajmniej dam zarobić tym biedakom.- Szepnął do siebie. -Ej ty! Posprzątaj to nie chcesz chyba żeby zobaczył to ojciec.- Powiedział do jakiejś kobiety, ubranej po jej szarej, prostej sukience od razu wrzucił ją do kosza "tych gorszych", który tworzył w myślach. Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem. Po czym spojrzała na jego twarz i jej wzrok zamienił się na wściekły. Mieszkanka Wiatonu nie miała wyjścia, za nie szanowanie wysoko ustatkowanych szlachciców groziła kara grzywny.
-Oczywiście- odparła tylko. Larkins tylko spojrzał na nią z pogardą i odszedł.
Spacerując już po placu z lampką jednego z najlepszych win w okolicy natknął się na ojca. Wciąż rozmawiał z królem. Pan Larkins był jednym z najbardziej zaufanych przyjaciół króla. Wiedział niemal o wszystkim. Niemal.
-Lawlerze.- Złapał go za kołnierz granatowej szaty ojciec. -Tak ojcze?- Zatrzymał się. -Nie podoba mi się że tak sam chodzisz. To ci nie przystoi. Znajdź sobie odpowiednie- włożył nacisk na to słowo -towarzystwo.
-Oczywiście.- Ojciec machnął ręką w geście pokazującym by odszedł.
Towarzystwo? Phy... A po co mi? Myślał. Nie wiedzę tu nikogo odpowiedniego do towarzystwa. Nagle ktoś na niego wpadł rozlewając czerwony alkohol po jego białym wycięciu na brzuchu. Już miał na sprawcę tego czynu nawrzeszczeć gdy spostrzegł kim ona jest.
-Larkins!- Wrzasnęła młoda dziewczyna i objęła go. -Gloria! - Średniawego wzrostu dziewczyna o długich brązowych włosach, miała łagodne rysy twarzy i pełne usta, jej oczy były duże i złote. Była szczupłą siedemnastolatką o obfitym biuście.
Gloria opuściła wzrok z jego oczu na plamę, którą wyrządziła. Swoimi szerokimi złotymi rękawami zaczęła trzeć plamę. Jednak Lawler delikatnie odtrącił jej rękę. - -Lawler nic się nie zmieniłeś! Nadal przystojny. Rzeczywiście Lawler był osobą ładną. Miał Blond włosy zaczesywane do tyłu, jego oczy były przejrzyste, niebieskie, był również dość dobrze umięśniony jak na siedemnastolatka. - Nie widzieli się od dwóch miesięcy. Gloria ciężko chorowała. A tu proszę cała i zdrowa! -Trudno było się zmienić przez tak krótki okres czasu. Ale ty Gloria- podniósł jej rękę w górę a ona się obróciła. -Wyglądasz olśniewająco!- Zarumieniła się.
-Jak ci się podoba jarmark?- Ruszyli w stronę zamku. -Ach, jest zdumiewająco....- -Nudny?- Tak, to właśnie chciał powiedzieć. -Wiem. Mnie też się nie podoba. Słyszałeś o tej całej przyszłej małżonce księcia Patrica?- Spojrzała na niego, ciekawiło ją jak zareaguje. On parsknął śmiechem.
-Trudno było nie usłyszeć. Nie zadawaj pytań, na które znasz odpowiedź.- Powiedział oschle. -Zelda, Zelda Chopkins. Urocza, miła Zelda. Zelda, która nigdy nie powinna trafić na dwór a co dopiero do zamku.- Wysyczał.
-Dla mnie to jest słodkie, księcia Patrica i Zeldę....- spojrzała w niebo, tak jakby właśnie tam (dziś na bezchmurnym niebie) wypoczywała Zelda -pokochało całe państwo...
-Uwierz mi, nie całe.- Przerwał jej. Zelda, ta wieśniaczka stała się symbolem że miłość jest silniejsza od przeciwieństw losu, ustatkowania finansowego... bla, bla, bla. A Patric pokazuje że patrzyć trzeba na wewnętrzne.... Takie plotki Lawler słyszał codziennie na dworze. Zarumienione kobiety z podekscytowaniem plotkowały o przyszłej książęcej parze. Książęcej. Nie królewskiej. Do królewskiej pary miał przed sobą Foltesa i przed nimi Soddena. Nie było szans na to by Patric zasiadł na tronie. Aczkolwiek odgrywałby jedną z kluczowych ról przy zarządzaniu państwem. Pewnie Patric dostałby na głowę pokojowe zarządzanie państwem.
Pokojowe zarządzanie państwem polega na traktatach pokojowych, porządku panującym między Zagubioną Rzeką lub jak mówią szlachcie "Lost River" i innymi państwami. I innych takich sprawach. Każdy książę musiał dostać po ukończeniu dwudziestu lat władzę nad jakimś państwem. Król natomiast panował nad wszystkimi innymi sprawami.
Gloria z gracją usiadła na murowanej ławce w cieniu drzew za pałacem jej ojca. Jej przyjaciel jednak postanowił nie siadać na chłodnej ławce. Rozmawiali o różnych sprawach, tematem przewodnim były sprawy polityczne państwa, jednak zahaczali o różne plotki. Gloria nie była jego najlepszym przyjacielem. Już bliżej tego miana był książę Patric. Jednak Lawler nie był osobą, która mówiła co myśli, musiał najpierw dokładnie to przeanalizować. Dla niego niedomyślenia było opowiadanie wszystkich swoich sekretów, nawet zatroskanej matce. Robiło się późno jednak oni wciąż ze sobą rozmawiali. Glori język niemal cały czas się poruszał i właśnie za to młody Larkins ją lubił.
-Glorio- uniósł jej dłoń i pocałował -przepraszam cię ale chyba pójdę już do swojego domu. Bardzo miło było cię spotkać. Dziewczyna uśmiechnęła się i ze swoją elegancją wstała. -Mnie też bardzo miło było cię spotkać Lawlerze.- Chłopak puścił jej dłoń i pozwolił jej odejść.
Rodyckie powitania i Felijskie pożegnania to była części kultury tego państwa.
Felijskie pożegnania miały na celu wyrażenie skruchy i delikatności osób żegnających się. Pożegnanie kobiety i mężczyzny było niemal identyczne jak to zaprezentował Lawler i Gloria.
Powitanie Rodyckie polegało na pełnym radości powitaniu osoby, z którą się witamy.
Nazwy te wzięły się od krajów, w których panuje podobna atmosfera.
-------------
-Paniczu Larkins! Gdzie panicz był? Pana matka umiera z niepokoju.- Powiedziała lekko podenerwowana niania Lawlera gdy tylko otworzył drzwi do łososiowego pałacu.
-Moja matka, chyba nadal nie wie ile mam lat.- Poddenerwował się.
Wszedł od razu do wielkiego holu i poszedł pięknymi białymi, rzeźbionymi schodami na wyższe piętro. To tutaj znajdowały się wszystkie pokoje. Nie licząc służek, kucharzy i sprzątaczek pracujących tutaj. Oni spali w piwnicach. I tak ich pokoje przekraczały jakiekolwiek marzenia co do ich domu- myślał Larkins. Gdy w końcu ominął trzy kręte korytarze dotarł do swojego pokoju. Większości pokoi była pusta. Przeznaczona dla bogatych, znaczących coś w innych państwach gości lub kuzynostwa pragnącego spędzić tu noc.
Jego pokój był okrągły, okryty złoto-białą tapetą. Na górze wisiał ogromny żyrandol. A przy jedynej prostej ścianie w pokoju mieściło się łóżko Lawlera z pięknymi jedwabnymi baldachimami.
Wezwał służkę aby ta przygotowała mu kąpiel.
-Kochanie!- Rzuciła się na niego wysoka kobieta o długich brązowych włosach i wydatnych kościach policzkowych. -Martwiłam się o ciebie!- Zmiażdżyła mu policzek matka.
-Mamo.- Powiedział spokojnie i odepchnął ją od siebie. Był od niej o wiele silniejszy. -Jestem już prawie dorosły. Mam siedemnaście lat. Umiem o siebie zadbać.
-Och nie jesteś jeszcze taki dorosły. Pozostały ci jeszcze trzy lata-. Uśmiechnęła się. -Ojciec twierdzi że przyszły właściciel tego pałacyku nie może pozwalać sobie na brak towarzystwa. -Ale ja nie byłem sam. Byłem z Glorią...- Matka szarpnęła go za koszulę. -Kto ci to zrobił?!- Zapewne chodziło o plamę na białej tkaninie.
Ktoś zaczął pukać w drzwi. -Proszę wejść!- Do pokoju weszła służka Madl ubrana w typową dla osób pracujących w pałacach jasno fioletową długą suknię.
-Kąpiel gotowa. Panna Deve'n woła.- Mówiła lekko skrzeczącym głosem, który bardzo go denerwował. A zresztą to co go nie denerwowało?
----------
Wstał o świcie. Z chęcią poleżałby w łóżku gdyby nie jego opiekunka- niania. Na śniadanie zjadł tylko bułki z miodem i białym serem. Był to zwykły dzień roboczy więc zaplanowane miał na popołudnie naukę posługiwania się kuszą. Umiejętność strzelania z łuku miał opanowane już do perfekcji jednak kusza była znacznie trudniejsza.
Lawler czuł się zobowiązany do odwiedzenia przyjaciela, po takim zajściu. Strażnicy zamku wpuścili go bez przeszkód. Jedna z służek zamkowych zaprowadziła go do pokoju Patrica na trzecim piętrze. Pokój miał kształt prostokąta. Zapukał powoli i czekał aż ktoś zaprosi go do środka tak się jednak nie stało. Miał już odejść uznając iż Patrica nie ma w pokoju jednak usłyszał jak drzwi szafy trzaskają przy zamknięciu. Szarpnął za klamkę.
-Patric?- Kolega stał przy przestronnym oknie zasłoniętym z zewnątrz czarnymi kratami. -Nie odpowiadałeś więc wszedłem.- Jednak dalej nie odpowiadał. Podszedł do niego. Teraz widział że na policzku ma łzy. Marnie wyglądał był blady do tego miał wory pod oczami co nadawało wyjątkowo brzydki wygląd. Lawler zastanawiał się czy Patric właśnie tak wygląda od czasu gdy "zmarła" Zelda? -Pat...- Zaczął ponownie. Jednak książe złapał go za szatę i popchnął w stronę wyjścia. Od upadku ochroniła go belka łóżka, za którą zdąrzył się złapać. -Wyjdź!- Krzyknął przez łzy. -Wyłaź!- Tym razem jednak oparł się o ścianę i osunął na podłogę. Lawler podszedł do przyjaciela i poklepał go po plecach. W pocieszaniu był akurat koszmarny. -Zelda nie była godna. Zelda to zwyczajna wieśniaczka. Ona nigdy nie powinna znaleźć się....- Zaczął swoją litanie.
-Zamknij się!- Tym razem wyrzucił go z pokoju po czym zatrzasnął drzwi.
Lawler stwierdził że bezsensu byłyby dalsze próby rozmowy. Zresztą już odwiedził przyjaciela nie jego wina że ten nie chciał z nim rozmawiać. Jednymi przyjaciółmi Lawlera była Gloria i Patric. A że Gloria zaplanowane miała nauki od samego rana a z drugim przyjacielem nie mógł narazie normalnie rozmawiać to nie pozostało mu nic innego jak powłóczyć się po mieście. Lawler nie miał zbyt dużo kolegów o ile w ogóle ich miał. Nie żeby był nieśmiały, on po prostu strasznie irytował innych ludzi. Powoli i rozważnie selekcjonował ludzi w swoim bliższym otoczeniu. Nie bał się mówić co myśli niektórym ludziom.
------------
Wybiła godzina dwunasta co oznaczało porę nauki. Był na strzelnicy znajdującej się za jednym rzędem drzew na dworze. Czekał na niego już pan Korn'y. Był to wysoki, szczupły blondyn z uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
-Lawleer!- Uśmiechnął się szeroko. -Witam nauczycielu Korn'y-. Uśmiechnął się. Nie przepadał za nauczycielem strzelectwa jego zdanie był sztucznie miły. Jednak w Zagubionej Rzece każdy szanował swojego nauczyciela. Jakby nie było to od tego czego go nauczy zależałą przyszłość. -Pamiętasz czego uczyliśmy się ostatnio?- Zaczął zdejmując kuszę z ramienia. Lawler kiwnął głową. -Świetnie! Wierzę że teorię znasz już na pamięć ale jak wiemy najważniejsza jest praktyka. -Wręczył mu broń i bełt.
Nauczyciel patrzył w skupieniu jak jego uczeń strzela w szmacianą marionetkę i chybia o centymetr od jej czerwonego serca.
-Świetnie.- Kiwnął głową. Usiadł na nie skoszonej trawie. -Siadaj.- Wskazał wzrokiem.- Chcę dzisiaj porozmawiać z tobą o zastosowaniu kuszy.- "Gada jak psycholog" pomyślał Lawler. -Kusza jak wiesz jest silną bronią.- Przerwał czekając na reakcję ucznia, której nie było. -Na tyle silną że mogłaby zabić niewinnego człowieka.- Kontynuował. -Nie zawsze mamy pewność że dobrze robimy atakując jakąś osobę.- Lawler prychnął cicho, jak można nie mieć pewności atakując jakąś osobę?!- Powiem ci dziś jak korzystać z tej broni aby kogoś jedynie uszkodzić jednak nic poważnego mu nie zrobić. Myślę że jest jedynie jedno takie miejsce.- Na swojej nodze zaprezentował miejsce pod kolanem. -Tutaj Lawler. Tu nikogo nie zabijesz jak i nie uszkodzisz. Po prostu taka osoba nie będzie mogła iść dalej, wyrządzić komuś krzywdę. W ruchu jednak jest o wiele trudniej. Bo jeśli chybisz to... Ktoś w najlepszym wypadku straci czucie w nodze... Musisz trafić idealnie w ten punkt- wskazał ponownie. -Opowiem ci pokrótce o więzadle piszczelowym- po raz trzeci wskazał na kolano.
Lekcja trwała około dwóch godzin. Opierała się na teorii. Na następną lekcję, która odbyć się miała dokładnie za tydzień, zaplanowane były strzały do ruchomych manekinów w ich "kolana".
Nadeszła pora lanczu, który Lawler zjadł sam, no nie wliczając swojej niani. Pan Agu'en zajmował się biznesami a matka, no cóż matka pewnie siedzi u jakiejś szlachcianki na kawie.
Resztę dnia spędził na nauce "umiejętności kultury" jak to nazywała jego niania. Spotkał się również z Glorią, z którą później poszedł posiedzieć w ogrodzie.
-----------------
Ciszę jaka panowała w pokoju przerwało pukanie w drzwi. Była to jakaś kobieta wołająca Lawlera na obiad. Obiady zwykle jadali we trójkę- on, jego matka i ojciec. Tak było również dzisiaj. Duży stół, a przy nim tylko trzy osoby. Był jednak bogato zasłany.
Rozmawiali o nauce Lawlera i polityce państwa. Tematem głównym były również plotki, które od razu dementował. Lawler nie brał udziału w rozmowie niepytany. W sumie to nawet nie wsłuchiwał się w rozmowę rodziców, jednak jedno zdanie przykuło szczególnie jego uwagę. "Wallern mówi że pozbędzie się kilku chłopów nie przynoszących zysku państwu. Nikt nie przecież nie będzie pasożytem "Lost River"."
Tylko dlaczego to go tak zainteresowało? Norma- król pragnie pozbyć się "szkodników" w państwie.
-Których?- Odezwał się. Ojciec spojrzał na niego srogo. Nie lubił gdy przerywało się mu w rozmowie. -Wszystkich.- Odpowiedział jednak spokojnie. -Dokładniej?- Kontynuował syn. -Mam podać ci konkretne nazwiska?- Zaśmiał się złośliwie ojciec. -Tak, tego bym oczekiwał gdybyś mógł to zrobić.- Powiedział przełykając kawałek ziemniaka. -Ech, wyślę specjalnego posłańca aby dostarczył ci listę synu.- Ojciec robił sobie z niego żarty, zawsze traktuje go tak poważnie a teraz śmieje się z niego.
-Dziękuję bardzo ojcze.- Uśmiechnął się i wstał. -Będę czekał w pokoju.- Odłożył serwetkę. -Matko, czy mogę odejść od stołu?- Pani Larkins kiwnęła głową.
Oczywiste było dla niego że ojciec nie mówił tego na poważnie ale istnieje cień szansy że ojciec potraktuje go poważnie i dostanie na prostej kartce kilka nazwisk.
-------------
Następny dzień upłynął bardzo wolno. Miał zaplanowaną naukę języka Raland'ckiego i naukę odróżniania i zastosowania prostych syropów leczniczych. Do obiadu czekał na spotkanie z ojcem. Okazało się jednak że ojca na obiedzie nie będzie.
Smutny wrócił do pokoju. Tam jednak zastała go niespodzianka. Na łóżku leżała koperta z kartką w środku:
Lista Egzekucyjna:
1.Salmaychay
2.Perydway
3.Kransmay
4.Vayen
5.MCkartey
6.Pantragoyey
7.Murderess.
8.Kuskay
Jego ojciec jego prośbę potraktował poważnie?! Rzeczywiście miał taką nadzieję bardzo nikłą, która zgasła po obiedzie. Był zadowolony. Przy najbliższej okazji zobaczenia się z ojcem zamierzał mu podziękować. Na następny dzień postanowił opuścić naukę posługiwania się mieczem i tarczą. Miał inne plany- chciał sprawdzić czy ci ludzie nie zginą na darmo. Sam nie wiedział czemu mu tak na tym zależało. On po prostu chciał sprawiedliwości. Może i charakter miał po ojcu ale nigdy nie pozwoliłby ludziom ginąć "na darmo".
-----------------
Po śniadaniu zawiadomił nianię żeby się nie martwiła powiedział że umówił się z Glorią na pomodlenie się w kościele o zdrowie chorej ciotki. Oczywiście było to bzdurą ale ubezpieczało go to na parę godzin.
Musiał udać się do Wiatonu. Najbiedniejszej części miasta, w której tak naprawdę nigdy nie był. Był w Tangarze ale w Wiatonie, nigdy.
Gdy wszedł na Witońską ulicę pierwsze co zauważył a raczej poczuł to smród. Smród ze stajni. Po przejściu paru metrów uświadomił sobie jak bardzo Wiatońskie domy odstają od "normalnych" domów. One były głównie z kamienia- bo tego akurat nie brakowało. Na ścianach domów nie wisiały piękne zdobione drewniane tabliczki z nazwiskami, tylko szare blaszane tablice, pokryte rdzą.
Niemal potknął się o kamienie przed furtką przy domu MCkartey'ów. Na ogródku przed domem nie rosło nic poza sałatą wyjedzoną przez ślimaki. Po natarczywym stukaniu w drzwi w końcu otworzyła je młoda kobieta z dzieckiem na rękach.
Odchrząknął.
-Witam. Jestem posłańcem z... dworu.- Skłamał. -Chciałbym zadać kilka pytań gospodarzowi... lub gospodyni.- Poprawił szybko. Kobieta podniosła wzrok. -Nasz hojny władca chciałby poprawić sytuację w rodzinach Wiatońskich. Padło na panią. Gratuluję.- Kobieta się rozpromieniła i gestem zaprosiła przybysza do środka. Najwyraźniej niemiła wątpliwości nawet co do jego młodego wyglądu. Jednak gdy przekroczył próg domu wiedział dlaczego nie miała podejrzeń.
W kuchni stał jedynie jeden drewniany regał z drewnianą miską, w której była sałata pogryziona przez ślimaki i obok stał dzban z wodą. Dom miał prawdopodobnie tylko dwa pokoje, ten drugi zasłonięty był białym prześcieradłem. W pierwszym stało jednak spore łóżko a przy nim mały piec.
-Wody?- Spytała zachrypniętym głosem. Jednak uważał że szklanki będę w opłakanym stanie a woda lodowata lub przesadnie ciepła więc zaprzeczył. Kobieta położyła dziecko na łóżku i usiadła przy stole. -Więc...- Wyjął zgniecioną kartkę i pióro z kieszeni.- Zadam pani kilka pytań a pani odpowie na nie szczerze.- Zbadał jej spojrzenie i uznał że się zgada. -Ile ma pani dzieci i czy jest żonata?- Zaczął pisać na pustej kartce.
-Eee... Mam czworo dzieci.- Mówiła cicho. -Mój mąż jest myś...- Zobaczył przerażenie w jej oczach. -Myślicielem- Powiedziała głośno. Lawler skinął tylko głową.
-Gdzie reszta dzieci?- Rozejrzał się po ciasnym pomieszczeniu. -Bawią się na dworze. Zawołać?- Była jakby poddenerwowana. Zaprzeczył. -Co dobrego zrobiła pani dla Lost River odkąd osiągnęła pani dojrzały wiek?- Spojrzał w jej oczy, były zielone i małe.
Po chwili zawahania odpowiedziała. -Zapewniłam im czterech mieszkańców i czasem sprzątam na Tangarze liście i takie...- Splotła ręce. -Rozumiem.- Nie, on również skłamał. -Dobrze dziękuję bardzo.- Zapisał coś szybko na kartce pożegnał kobietę i wyszedł.
Następny dom należał do Vaen'ów. Mieszkało tam ośmioro osób. Następne domy z listy nie były tak liczne. Zadawał wszystkim te same pytania a po ostatnim kończył zapis i wychodził.
Ostatni dom jaki mu pozostał był prawie na samym końcu i należał do rodziny Murderess. Dom był wykonany z kamienia a podwórko było ozdobione nieściętą trawą, krzakami i gdzieniegdzie kwiatami. Drzwi otworzyła niska kobieta, prawdopodobnie w wieku jego matki. Powiedział tą samą kwestię, jednak ona niechętnie zaprosiła go do domu. Usiedli na kanapie.
- Ile ma pani dzieci i czy jest żonata?- Zaczął od razu. -Mam dwójkę dzieci i mój mąż nie żyje.- Kobieta poczuła w sobie gniew. -I tak się składa że to wy go zabiliś...- Kobieta ukryła twarz w dłoniach i cicho szlochała.
-Mamo, nie wi...- Do pokoju weszła niska blondynka z długimi fałdowanymi, blond włosami. Miała niebieskie, duże oczy, malinowe usta a twarz w kształcie owalu. Dziewczyna szybkim krokiem podeszła to matki. -Mamo co się stało?- Przytuliła ją , nie słysząc odpowiedzi wyprowadziła do sypialni. Jednak wróciła i stanęła nad nim.
-Kim. Ty. Jesteś?- Mówiła głośno i wyraźnie. Powiedział jej to co każdemu kto otworzył drzwi. Dziewczyna splotła ręce na piersi i zaczęła się śmiać. -Ta, ty naprawdę myślisz że się na to nabiorę?- -Szczerze mówiąc to miałem taką nadzieję.- Wyszczerzył zęby. -To co odpowiesz mi na kilka pytań?- Uniósł kartkę.
-Tam są drzwi- Wskazała Keara. Nienawidziła szlachciców tym bardziej władz królewskich. Chłopak podniósł się. Był wyższy od niej o głowę.
-Dobrze. Ale żebyś później tego nie żałowała.- Keara tylko zaczęła się śmiać i zamknęła drzwi na zasuwkę.
---------
Po wyjściu z podwórka zapisał coś szybko i postanowił wrócić na dwór.
Dopiero teraz spostrzegł jaka przepaść jest między choćby placem głównym a Wiatonem nie wspominając już o dworze.
W pokoju usiadł przy biurku i zapalił lampę. Postanowił dokładnie przeanalizować listę a wieczorem przekazać ją ojcu i przedstawić swoje argumenty co do listy egzekucyjnej.
Lista Egzekucyjna:
1.Salmaychay nie zmienne
Przy zakończeniu każdej rozmowy dopisywał jakiś argument, który miał podważyć śmierć danej rodziny lub "nie zmienne" mówiący o racji- jeśli tak można to nazwać, egzekucji.
2.Perydway nie powinno dojść do egzekucji tej rodziny z racji na to iż: Panna Perydway codziennie sprząta stajnie koni jej mąż zaś tnie drzewo na opał, które przynosi później do miasta a ich dzieci są jeszcze małe- najstarsza córka zajmuje się ich wychowaniem.
Tym razem jednak postanowił dać ojcu do myślenia i przedstawić wszystkie argumenty jakie wygrzebał od tej rodziny.
3.Kransmay ojciec jest myśliwym dla Tangarskiego sklepu, ich matka zaś zajmuje się wychowywaniem dwuletnich bliźniąt
4.Vayen nie zmienne
5.MCkartey nie zmienne
6.Pantragoyey nie zmienne
7.Murderess nie zmienne pomimo interesującego nazwiska 8.Kuskay mieszka tu szlachcic, który stracił majątek przepijając cały w tutejszej karczmie, jednak ze względu na pochodzenie uważam że nie powinien być stracony o głowę.
Około godziny 16 ojciec wezwał go do swojego gabinetu. Lawler uznał to za doskonałą sytuację do przekazania mu listy.
Gabinet był dość małym pomieszczeniem, no przynajmniej patrząc przez pryzmat dużych pomieszczeń w pałacu. Na przeciw drzwi, przy ścianie stało ciężkie ciemne biurko, na którym widniały różnego rodzaju zapisane jak i czyste papiery, stał na nim również wykonany z czarnego metalu stojak na pióra i ołówki. Z drugiej strony przy ścianie stała duża półka na książki. Ojciec siedział na fotelu i czytał jakąś cienką książkę.
Uniósł wzrok i zamknął książkę.
-Och jesteś.- Powiedział bez wyrazu. -Tak ojcze. Ale wydawało mi się to normalne skoro chciałeś żebym przyszedł.- Podszedł bliżej biurka. -Owszem.- Uśmiechnął się ledwo zauważalnie. -Przyjaźnisz się z młodą Simonettą, prawda?- Nie czekał na odpowiedź. -Mam coś dla niej do przekazania.- Podał mu brązowy bez kształtny papier. Po zabraniu paczki uznał że jest cięższa niż mogłoby mu się wydawać. -Powiedz że to ode mnie i przekaż pozdrowienia dla ojca.- Nie patrzył już na niego, z powrotem zaczął czytać lekturę. -Ojcze- odchrząknął. Ten uniósł wzrok, zapewne myślał że już wyszedł. -Chciałbym z tobą porozmawiać o liście, który mi dałeś.- Wyjął z kieszeni kartkę.
-Usiądź.- Wskazał fotel przed biurkiem. -O co więc chodzi?- Odłożył książkę. -Sprawdziłem nazwiska, które mi podałeś i... przyniosłem ci listę myślę że warto się nad tym zastanowić.- Podał mu kartkę. Ojciec delikatnie wyjął ją mu z ręki.
-Perydway- zaczął czytać na głos -Stajnia koni? Robi to codziennie. Cały dzień?- Lawler kiwnął głową. -Dobrze jeśli zależy ci na ich życiu wniosę do Wallern'a aby nie uśmiercał tej rodziny. Choć dzieci i tak nie zostałyby uśmiercone.- Lawler jednak nie odzywał się i czekał aż ojciec zacznie czytać dalej. -Kransmay. Ech sprawdzałem sklep i uważam że mięso jest złej jakości, jest to sklep mięsny. Nie przynosi zysków. Niestety ale ojciec zostanie uśmiercony.- Lawler jednak dalej się nie odzywał. -Matka również zostanie uśmiercona. Dzieci przesłane zostaną do sierocińca. -Jak można pozbawić tak małych dzieci matki? Zadawał sobie pytanie w myślach. Ojciec zaczął się śmiać. -Murderess. Rzeczywiście zaskakujące. Gorszego nazwiska nie widziałem w życiu.- Śmiał się szyderczo. -A nie czekaj Kuskay. Ale to szlacheckie o ile się nie mylę. Tak szlacheckie.- Przeczytał z kartki. -Ach, świetnie Lawlerze. Dbasz o krew szlachecką. On również nie zostanie uśmiercony ale ktoś zadba o jego pracę. -Zwinął kartkę i odłożył na biurko. -Egzekucje odbędą się już w piątek więc pozostało im dwa dni. Zawiadomię Wallan'eya o "ocalonych" ludziach. Możesz odejść synu.
Ojej, to jest chyba mój ulubiony (jak do tej pory) rozdział ! ^^ Wręcz zakochałam się w Lawlerze :D Jest bardzo fajny osobowo, w przeciwieństwie do tej sztywniackiej Kaery :DD Biedna Zelda, ale cóż, życie jest smutne ;) Larkins <3
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarz :) Starałam się żeby postać Lawlera miała taki swój odrębny charakter. Myślę że uważasz że Keara jest sztywna bo mało pisałam o tym co odczuwa. W następnych rozdziałach mam nadzieję że Keara bardziej przypadnie ci do gustu :)
Usuń