-Eh...- Wymamrotał Neil. -Po prostu książka przerosła cię inteligentnym przekazem. - Wstrzymał śmiech.
-Bardzo zabawne Beloved.- Lekko pchnęła przyjaciela. Położył się powoli na trawie i zamknął oczy. -Kocham swoje życie.- Westchnął. -Popatrz Keara mamy wszystko czego trzeba. Rozejrzyj się jak tu pięknie !
Rzeczywiście Neil miał rację. Polana, na której przesiadywali była taka urocza. Szczególnie latem- w sierpniu. Od zachodniej i południowej strony otaczały ją piękne gęste drzewa, gdzieniegdzie znajdowały się nawet dzikie jabłonie i grusze. Trawa była wyjątkowo zielona i dzika. Leśna polana nie należała do nikogo. Jakieś 500 metrów od nich słychać było pulsującą rzekę, obijającą się o kamienie. Rzeka zatrzymywała się w małym jeziorku i ciągnęła dalej. Keara i Neil zawsze w lato pływali w niej, czasem nawet godzinami. Dziś jednak postanowili nie skorzystać z tej przyjemności. Wiał lekki wiatr, który nadawał większy klimat temu miejscu. Gdzieś daleko za kilku kilometrową polaną rozciągała się mała wioska. Keara co tydzień odwiedzała ją aby kupić pszenicę i warzywa (których nie posiadał mały ogród przy jej domie).
Tę polankę można było z pewnością nazwać jej ulubionym miejscem. Położyła się na trawie. Kilka chwil zajęło jej znalezienie odpowiedniej pozycji na wygodne czytanie książki. Co prawda czytała ją już dwa razy, ale przecież im więcej przeczytasz tym będziesz mądrzejszy. Książka oprawiona była w czeroną tkaninę, prawdopodobnie z bawełny. Nie posiadała tytułu. Każda litera zamieszczona w środku była odpowiednio kaligrafowna, jak w średniowieczu. Nie posiadała również autora. Keara nadałaby jej tytuł "Walka o wiarę". Zamieszone informacje mówiły o trzech przyjacielach, którzy bronią swego miasta. Jak oni go nazywali? "Swoją ostoją". Książka kończy się tak że cała trójka ginie zabita przez... kota? Tak koniec rzeczywiście był głupi i bezsensowny. Ostatni akapit książki opowiada, jak to matka jednego z nich znajduje zdechłego kota we własnej sypialni. Tego samego kocura, który zabił jej syna. To właśnie opowiadała Neile'owi. Próbowała opisać sens tej książki. Sama książka była wspaniała tylko, tylko to zakończenie ! Tak jakby napisane przez innego autora. Keara czytała tą książkę tyle razy żeby w końcu zrozumieć jaki ma sens zakończenie. To tak jakby ktoś przeczytał że w książce znajduje się trzech bohaterów i napisał zakończenie "na odwal się". Zawsze zastanawiało ją skąd jej matka ma tą książkę. Jednak jak tylko pytała o książkę matka udawała że musi coś szybko załatwić. Taka już była. Nie umiała poradzić sobie z trudnymi pytaniami. Ale małej Kearze pytanie to nie wydawało się trudne. Z wiekiem przestała zadawać pewne pytania. Nauczyła się dobierać odpowiednio słowa.
W końcu zaczęło robić się ciemno a trawa stała się chłodna i wilgotna. Słychać było skrzypienie świerszczy, mieszających się z rechotem żab. Słońce na niebie zaczęło powoli zachodzić. Przejrzysta, bezchmurna przestrzeń nabrała pomarańczowego koloru.
Keara zamknęła książkę i powoli się podniosła. Ubrana była w sukienkę z delikatnego materiału, kolor miała biały, który w parne dni skutecznie "odpychał" słońce. Robiło się coraz zimniej a jej ubranie nie było odpowiednio dostosowane do coraz niższej temperatury. -Hej- Usiadła obok przyjaciela.- Neil. Neil chodź idziemy, robi się ciemno.- Neil przetarł oczy. We włosach miał kawałki ziemi. Zmierzwiła mu włosy. Chłopak uśmiechnął się i powoli wstał. Podał jej rękę a ona z wdzięcznością przyjęła pomoc.
-Wiesz co?- Zaczął Neil. -Kiedyś postawię tu dom, a kąpiele będę brał w rzece.- Keara się zaśmiała. -A ja zamieszkam w pałacu. Tak jak Zelda. Będę wszystkim rządzić i dawać biednym pieniądze. Codziennie chodzić będę po rynku i patrzyła na to co będzie moje.- Rozmarzyła się Keara. -Zelda miała dużo szczęścia. Pamiętasz wszystkich zdziwienie jak nasz kochany książę Patric oznajmił wszystkim iż hajta się z Zeldą?- Oboje wybuchli śmiechem.
-Hajta się? Naprawdę Neil? Kto tak mówi?- Popchnęła go lekko w stronę rzeki. Niespodziewanie wpadł do niej. -Neil! Ty idioto!- Chłopak z łatwością wyszedł z miejscami głębokiej rzeki. -Ach ty.- Zaczął ją gonić a ona chowała się między drzewami. Gdy ją dogonił przewrócili się na ziemię. I próbował wrzucić do rzeki. -Teraz ci się dostanie.- Zaśmiał się. Keara udawała że jest na niego wściekła. -Neil!- Krzyknęła próbując uciec. Jednak wciąż się śmiała. -I co teraz? Co ja teraz mam z tobą zrobić Murdress?- Kera wzruszyła ramionami. Jej przyjaciel był chyba jedyną osobą nie naśmiewającą się z jej nazwiska. Oczywiście była dumna z tego jak się nazywa tylko że wszyscy w okół śmiali się z niego. I tak uważała że ma sto razy lepiej od swojego brata, który również nazywał się Murderess.
-Może puścić? Niedługo skończy mi się tlen w płucach.- Neil położył się na błotnistej glebie. -Wiesz teraz to naprawdę zrobiło się zimno.- Splótł ręce na piersi.
-Tak, wracamy. Niedługo nie będzie można już dostać się do miasta.
W Zagubionej Rzece czyli ich mieście-państwie obwiązywał regulamin udoskonalany przez każdego króla rządzącego państwem. Jedną z zasad panujących w mieście/państwie były zamykane wszystkie bramy prowadzące do miasta. Wszystko to ze względów na bezpieczeństwo. Dzika zwierzyna, bandyci były początkiem krótkiej listy zagrożeń dla państwa. Przed bramami stali strażnicy gotowi w razie napadu wszcząć alarm i zwołać pomoc. Jednak Zagubiona Rzeka słynie z wyjątkowej ostrożności i po godzinie 22:00 zamykane są wszystkie aktywne bramy. Podróżnicy i Handlarze noc mogą spędzić w gospodzie "Skażony Mlecz" oddalonej od miasta o kilometr. Położona była tak jak i państwo po środku ogromnego lasu mieszczącego co najmniej trzy inne państwa i około dziesięciu innych wsi. Przy "Skażonym Mleczu" znajdowała się świątynia, w której uczeni byli kapłani.
-----
Państwo położone była na małych skałach, a w promieniu otaczającym około pięćset merów roztaczała się zielona zarośnięta trawa, na której dzieci pilnowane przez rodziców bawiły się w ganianego. Rodziny często robiły tam pikniki. Ogólnie rzecz ujmując było to miejsce tryskające życiem. Ale tylko na przedzie miasta, bo tylko tam znajdowali się strażnicy. Z tyłu wielkich, granitowych murów były tylko krzaki, sucha trawa i stare drzewa.
Tego się w sumie spodziewali. Nawet nie dochodzili do bramy. To nie był pierwszy i zapewne nie będzie ostatni raz jak wrócili po regulaminowej godzinie. W letnie dni słońce zachodzi bardzo późno, z tego powodu kompletnie stracili rachubę czasu. Już jako dzieci wielokrotnie przydarzała im się taka sytuacja. Po wschodniej stronie, przy zaschniętej trawie położone było wejście do miasta. Była to grota zagrodzona kratami.Wejście te przeznaczone było setki lat temu dla wozów kupieckich, mogło to być tak zwane "wyjście ewakuacyjne" z miasta. Jednak zardzewiałe kraty świadczyły o tym że dźwignia na wysokiej strażnicy, potrzebna do rozchylenia krat, używana była od niepamiętnych czasów. Ludzie rzadko wchodzili na drogę prowadzącej do owego wyjścia. Drogi, o ile można nazwać to drogą. Średniej wielkości kamienie w miarę tego samego kształtu były położone obok siebie, co wcześniej dawało piękny efekt, zaś teraz wyglądało śmiesznie. Kamienie po rozstępowały się od siebie, niektóre popękały a szczeliny między nimi zarosła wysoka trawa. Więc po co ludzie mieliby odwiedzać taką część miasta? Główne drogi, wciąż odnawiane, nadal wyglądały przepięknie.
Gdy pierwszy raz gdy wrócili po 22 mieli 10-12 lat. Byli zrozpaczeni. Chcieli pójść do gospody jednak jej właściciel stary Feal wygonił ich gdy tylko powiedzieli że nie posiadają żadnych pieniędzy. Odwiedzili kapłanów, oni jednak dla odmiany wyznawali zasadę "Errare non est." Przekładane z łaciny "Nigdy błędu tego nie popełnisz ponownie". Wrócili wtedy pod miasto. Obeszli go dookoła szukając jakiegoś wejścia. Nie było żadnych, oprócz licznych bram służących dla powozów konnych, transportujących żywność do sklepów. Znaleźli jedyne wejście, które mogliby otworzyć. Jednak wtedy było również zamknięte. Wpadli na pewien pomysł. Od skał odłamywały się dość duże kawałki kamieni, które później leżały na ziemi. No tak ale jak dwójka dzieciaków ma przenieść tak wielki kamień? Było to dość proste. Był wtedy listopad więc była to pora jesienna, deszczowa. Dzieciom dawano narzuty, futra, nawet stare pościele które szyło się na kształt kurtki. Każdy dawał dzieciakom to co miał. Keara nosiła wilczą narzutkę, którą podarował jej ojciec na urodziny, a Neil wdział niedźwiedzie grube futro. Keara i Neil byli pomysłowymi dzieciakami (co zostało im do tej pory). Neil zdjął swoje futro i rozłożył je na ziemi tuż przy kamieniu, który wcześniej oboje wybrali. Narzutą Keary pchali kamień aby ułożył się na futrze. Narzutka potrzebna była im do celów technicznych- nie zrobieniu sobie odcisków na palcach. Gdy kamień znalazł się na na futerku, długą narzutą obwinęli kamień do o koła i zaczęli go ciągnąć. Futro Neila było śliższe od sierści wilka. Co ułatwiało przesuwanie się w stronę bramy. Po długich zmaganiach w końcu pokonali te pięć metrów, które przy takim wysiłku wydawało się tysiącami kilometrów. Bez odwijania futra wilka przywiązali kamień do bramy. Miasto było na górce. Ułatwiło to im pracę. Stanęli po obu stronach kamienia, który dla takich dzieci wydawał się wielkim głazem. I pchali go z całych sił w dół. Aż w końcu zaczął się staczać. Wyrywając zardzewiały, stary, słaby metal. Przejście było na tyle wąskie że dwójka szczuplutkich osób zmieściłaby się w nim za łatwością. Po świętowaniu zwycięstwa postanowili wstawić metal z powrotem dla niepoznaki. Tylko teraz jak? Unieśli pustą w środku kratę i jedno z nich trzymało ją w wejściu a drugie pobiegło po mały kamyk. Gdy dostali się do miasta. Wsunęli kamyk pod kratę i się trzymała. Choć ich futra były brudne i zdarte odnieśli najprawdopodobniej największy sukces dotychczas. Wiadome było że przyda im się to na długie, długie lata.
Teraz wystarczyło wysunąć kamień znad suchej gleby. Wejście do położone było w głównej części miasta. W głównej części miasta znajdował się targ, kościół a przy nim mały cmentarz, na którym nie chowano zwykłego obywatela lecz szlachciców, dworzanin-ów, rycerzy, kapłanów, władców. Poza sklepami znajdował się również szpital. W tę część miasta wchodziło się z Tangaru czyli z miejsca gdzie znajdowało się główne wejście i najważniejszy sklepy. Najważniejsza strefa części głównej położona była od razu z przekroczenia przejścia na Tangar. Nie było to jakieś spektakularne przejście tylko trzy szerokie schodki. Strefa pierwsza (najważniejsza) była szerokim okręgiem pośrodku którego znajdował się zegar słoneczny, na około szerokiego placu rozciągały się sklepy. Na placu zazwyczaj bawiły się dzieci, chodzili strażnicy. Znajdowały się tam również cztery małe złote fontanny. Każda z nich przedstawiała coś innego. Rozmieszczone były równo na około zegara. Pierwsza pokazywała pulchnego niskiego mężczyznę ubranego w bogate szaty. Jego delikatnie wysunięta ręka chyląc się w dół ozdobiona była pierścieniem na którym znajdował się okazały topaz. Jeden pierścień charakterystyczny dla najwyższej ustosunkowanej osoby w państwie. Jego gruba peleryna zamoczona w przezroczystej wodzie, wyglądała niemal tak jakby aktualnie w tej chwili wiał lekki, wiosenny wiatr. Z jego berła, na którym się podpierał w trzy strony sączyła się przejrzysta woda. Druga figura w fontannie przedstawiała wysoką kobietę z długimi włosami za plecy. Była delikatnie pochylona w ręce trzymała jakiś pojedynczy kwiat najprawdopodobniej stokrotkę to właśnie z niej wylatywała woda. Miała ciasny gorset, od pasa w dół widniała na niej szeroka suknia, w której zresztą wyglądała wystawnie. Była szczupłą kobietą. Rzeźbiona twarz wyglądała pięknie. Mały nos, średniej wielkości usta w delikatnym uśmiechu i pełne oczy. Trzecia rzeźba prezentowała małą dziewczynkę ubraną w sukienkę sięgająca kostek, przez jej pas przechodził zwykły pas a na klatce piersiowej układały się pionowe paski. Włosy spięte miał w kok z fryzury opadał strumień wody. Jej twarz wyglądała łagodnie malował się na niej szeroki uśmiech. Czwarta rzeźba. Ta wyglądała inaczej może dlatego że był na niej staruszek. Wysoki, wyprostowany, dumnie spoglądał w górę, niedużo by tu opisywać wyglądał poważnie... inaczej. Zapewne trudno było umieścić na tej postaci fontannę, rzeźbiarz postanowił to zrobić na pierścieniu i chyba postąpił najrozsądniej. Każdy obywatel Zagubionej Rzeki wie że te piękne, złote rzeźby przedstawiają pierwszego założyciela państwa, wtedy jeszcze małej wsi ale to on zapoczątkował budowę tak pięknego miasta. Pulchny mężczyzna to jego syn i to on kontynuował rozbudowę maleńkiej wsi na... wieś tyle że dużą i bogatą, berło, które ma w ręku musiało znaleźć się w niej przypadkiem ale cóż. Reszta to jego piękna żona i urocza córka.
Pomiędzy sklepami znajdowały się drogi i dróżki prowadzące w różne miejsca np. Na drodze pomiędzy szewcem a piekarzem (od razu za tymi sklepami był zakręt w prawo i dosyć długa droga) rozciągały się domy zarówno sklepikarzy jak i handlarzy. Jedna czwarta tych domów była do kupna.
Mała, kręta dróżka między krawcem a sklepem z warzywami zdobywanymi we wsi z pobliża prowadziła na sporawy targ, który był głównym źródłem zarobków dla ludzi pokroju rodziny Murderess. Biedni, znów dam przykład Murderess'ów kupowali tam stare ciuchy dla dzieci, zniszczone obrazy i książki, także wiele innych rzeczy.
Inna ulica prowadziła do drewnianego szpitale wznoszącego się na wysokich schodach. Lub droga do kościoła i położonego przy nim cmentarza. Prowadziła do niego główna droga, od której prowadziła na tyły mała zarośnięta dróżka. Tam właśnie znajdowało się wyjście.
Tangar to w nim znajdowało się główne wejście od niego prowadziła prosta droga prowadząca do schodów w górę. Przy samym wejściu znajdował się kowal. Jego sklep posiadał taras, na którym stało kowadło i duży piec. Obok było wejście do jego prywatnego domu. Tangar był najmniejszą częścią miasta. Znajdowała się tam jedynie jedna główna droga. Na tyłach sklepów znajdowało się głównie drewniany ogrodzenie, w którym pasły się owce lub kozy. Po przeciwnej stronie kowala znajdowała się wielka stajnia sięgająca jeszcze części Witaońskiej. Był to mały sklep do którego wchodziło się by załatwić sprawy formalne. Obok wejścia znajdowała się wysoki drewniany płot, prowadzący do małych stajenek, na samym końcu znajdowała się gnojówka. Śmierdząca gnojówka. Cała stajnia była otoczona drewnianym wysokim płotem, a sklep wykonany był z dębowych desek. Nad drzwiami wisiał szyld z podkową i napisem "Stajnia zmieszchniałego centaura".
Przy stajni znajdowały się ciasno porośnięte kasztanowce i buki. Jakieś pięć metrów od stajni znajdowały się malutkie brzydkie, szare trawiaste schodki prowadzące w dół zbocza. Przy schodach rosły jarzyny a niedaleko nich znajdowała się najokazalsza i z pewnością najlepsza karczma w całym państwie. Popękane drewniane schody prowadziły do kamiennego budynku z drewnianymi okiennicami i kształtem przypominającymi rybacką sieć stalowymi kratami. Przy karczmie znajdowały się jedynie schody prowadzące do części głównej. Natomiast po przeciwnej stronie mieściły się ciasno niemalże przyległe sklepy.
Wiaton. Najbiedniejsza część Zagubionej Rzeki. Od schodów prowadzących z Tangaru prowadziła popękana, kamienista, stara droga. Droga od razu skręcała w lewo i dalej prowadziła w miarę prosto. Przy zakręcie mieścił się kamienisty budynek z brudną pękniętą szybą, na jej wystawię znajdowały się białe serwety na których stać powinny ozdobione ciasta ewentualnie sam chleb. To była okoliczna piekarnia. Pomiędzy ogrodzeniem stajni schodzącej w dół a drogą znajdowała się apteka. Podstawowym lekiem, który można była tam znaleźć była penicylina i jod, czasem pojawiła się maść na oparzenia ale raczej nie można było na nią liczyć. Dalej (omijając stajnie i towarzyszący jej smród) mieściły się domy, niczym nie przypominające te Tangaru lub strefy głównej. Domy te zazwyczaj miały ogrody z warzywami, te najstarsze mogły pochwalić się większymi ogrodami. Na samym końcu drogi widniała brama prowadząca na pola ogrodzone wysokim płotem.
I ostania Dworzańska część. Prowadziły na nią wysokie schody na przejściach między nimi znajdowały się fontanny. Pomijając strażników pilnie stojących na warcie w dzień i w noc. Znajdował się tam gigantyczny plac, pośrodku którego mieściła się ogromna fontanna. Na przeciw fontanny mieścił się ogromy, wysoki zamek. Po innych stronach placu znajdowały się wyniosłe pałacyki, w których mieszkali dworzanie. Za zamkiem mieścił się wielki ogród.
---------
Była późna godzina. Ulica w ogóle nie przypominała tej samej kamienistej dróżki co za dnia. Ukryta była za starą świątynią. To był kościół, Keara nie była osobą wierzącą. We wtorki i niedzielę wychodziła z domu zazwyczaj przed mamą. Udawała się tam w pięknych sukniach, umytych i uczesanych w pukiel włosach. Zakładała również wyjściowe buty, które dostała od matki. Pani Andrea chyba wygoniłaby z domu swoją córkę gdyby dowiedziała się że jej wiara... No właśnie jaka wiara? Więc Keara pięknie wyszykowana udawała się w niedzielę do świątyni na godzinę 9 rano. We wtorki nie obowiązywał już tak uroczysty strój. Ludzie przychodzili ubrani prosto, schludnie, nieschludnie. Gdy dziewczyna dotarła już do kościoła stała z boku na zewnątrz i czekała na przyjaciela. To zresztą właśnie Neil przekonał ją o tym że przynajmniej ich zdaniem wiara nie ma sensu. Nie żeby Keara była osobą, która nie ma własnego zdania ale nigdy nie była szczególnie wierną osobą. Na mszy zwyczajnie się nudziła. Przeciwieństwem tego była jej matka. Gdy Keara była mała wraz z bratem i ojcem chodzili na msze. Jej starszy brat Culley często zasypiał w ławce za co dostawał lanie w domu, od matki. Andrea była dobrą matką. Mimo iż karciła swoje dzieci za nieposłuszeństwo. Często potem płakała gdy na ciele jej brata pojawiały się siniki. Culley nie był złym dzieckiem. Jak to chłopiec czasem narozrabiał jednak gdy przesadzał przepraszał i starał naprawić wyrządzone szkody. Jednak to nie zawsze wystarczało dla jego matki. Częstą karą poza "zlaniem" dzieciaka był zakaz czytania książek i wychodzenia na dwór, łącznie z nauką podstawowych umiejętności np.Posługiwania się mieczem lub łukiem, nauka o roślinach, przyrządzanie prostych potraw, itp. Tak ale czy czytanie książek to taka wielka kara dla dziesięciolatka? A tak, Culley kochał czytać książki o różnych tematykach. Jedyną książką jaką matka pozostawiła mu w pokoju była Biblia, którą dokładnie przestudiował już w wieku ośmiu lat .Bywały i takie dni kiedy jego karą była głodówka nawet w tak uroczysty dzień jak niedziela. Culley zamykany był wtedy na strychu. Spał na słomie, na stoliku leżała biblia, świeca i zapałki. Siostra przynosiła mu chleb, wodę czasem kaszę. Za co Culley był tak karany? Za to że był dzieckiem. Dokuczał dziewczynką jak to dziesięciolatek, bił się z kolegami, kradł z piekarni, wypuszczał owce i bydło z pastwisk a później patrzył jak biedni pasterze gonią zwierzynę po łąkach. Za wiele innych rzeczy ale nikomu przecież krzywdy nie zrobił. Z wiekiem wydoroślał i zrobił się z niego chłopiec inteligentny, wyrozumiały, opanowany, w odpowiedni sytuacjach poważny. Idealny materiał na syna/brata. karany.
-Keara- Ziewnął Neil. -Ja już zmykam matka pewnie szaleje z niepokoju. Keara tylko kiwnęła głową i ruszyła w przód ciemnej uliczki. W okiennicach było już ciemno. Strażnicy pewnie jak zawsze olali swoją prace i poszli nachlać się do karczmy i popatrzeć na piękne dziewczyny, które chętnie spędziłyby z nimi noc za trochę pieniędzy. "Pod wesołym warchlakiem" zadziwiająca nazwa. Pewnie stary Boon był narąbany gdy wymyślał tę nazwę . Karczma znajdowała się na Tangarze. Keara zbiegła schodkami w dół. Jej dom rodzinny mieścił się bardziej przy bramie na pola. Otworzyła przechylającą się drewnianą furtkę i weszła na podwórko.
W salonie nie świeciły się żadne świece. Pod oknem przy drzwiach znajdowała się komoda. W głębi pomieszczenia była mała kuchnia. Po prawej stronie były fotele, kominek i komoda ze zdjęciami. Wszystko było zakurzona a podłoga skrzypiała nawet po tak delikatnych krokach jakie wykonywała Keara.
Zasunęła zasuwkę w drzwiach. Rozejrzała się po pomieszczeniu. -Nie nikogo tu niema- stwierdziła. Otworzyła drzwi prowadzące do pokoju matki. Znajdowała się tam jedynie ciężka szafa jak i komoda i dębowe łóżko jak zawsze pięknie posłane. Każdy mebel pokrywała gruba warstwa kurzu. Nad komodą wisiał portret rodzinny oprawiony w grubą, ciemną ramę. Znajdowały się tam cztery roześmiane postacie. Wysoki szatyn, jego brodę pokrywał meszek. Miał zadziorny nos i zielone, kocie oczy. Reką obejmował blondynkę- jego żonę. Miała delikatnie kręcone blond włosy sięgające pasa. Miała duże oczy, charakterystyczne dla blondynów. Była niższa o połowę głowy od swojego męża, posiadała mały nos a usta pomalowane na czerwono. Patrzyła ironicznie na małego synka. Miał włosy zaczesane do tyłu niemal identyczne co jego ojciec. Był odzwierciedleniem ojca tylko że gdy był mały. Dłonie miał wsparte na biodrach i patrzył ze złością na małą dziewczynkę, podtrzymującą się jego koszuli. Włosy miała po matce, oczy po ojcu, jej twarz była delikatna i jasna.
-Mamo- szepnęła. Jej matka siedziała na łóżku i wpatrywała się ze łzami w oczach w obraz przedstawiający ich rodzinę. -Mamo wszystko dobrze?- Zapytała mimo iż znała odpowiedź.
Andrea jednak pokręciła tylko przecząco głową. Schowała twarz w delikatnych dłoniach i zaczęła szlochać. Keara podeszła do matki i przytuliła ją. Jutro miała nastąpić rocznica śmierci ojca Keary.
-Mamo, mamo połóż się. Zrobię ci herbatę, dobrze?- Odprowadziła ją na drugą stronę łóżka, wiedziała że po prawej stronie nigdy nie zaśnie.
---------------- Kubek parzył ją w dłonie, znad niego unosiła się woń leśnych drzew. -Proszę.- Podała jej kubek. Matka napiła się jednak tylko łyk i odstawiła go na półeczkę nocną. -Minęło już tyle lat- przełknęła łzy, -myślałam, myślałam....- I znów zaczęła. Keara przytuliła ją ponownie i nakazała aby się położyła i próbowała zasnąć. -Myślałam że sześć lat wystarczy.
Mimo ciemności panującej w całym domu można było spostrzec meble. Noc była wyjątkowo jasna. Wchodząc po schodach Keara potknęła się o nie równy kamień i upadła na ziemię. Na końcu króciutkiego korytarza znajdowała się drabina prowadząca na strych. Po bokach mieściły się jedynie trzy pokoje- Kear'y, brata Kear'y i mała biblioteczka. W pokoju dziewczyny nie znajdowało się nic szczególnego poza łóżkiem i brudnymi oknami zasuniętymi upaćkaną czymś zasłonką znaleźć można było tu: stary łuk brata, tarczę przywieszoną na ścianie z białym "L" na sztylecie, nie znajdowało się tu nic szczególnego. Pod łóżkiem była gratowania książek, nie czytanych przez nikogo.
Keara zdjęła suknie i powiesiła ją w szafie, nałożyła oleistą długą suknię do spania i uczesała poplątane od potu włosy. Położyła się jednak długo nie mogła zasnąć jak zniesie jutrzejszy jarmark na cześć rocznicy założenia miasta? I drugie pytanie, jak ona sama go zniesie? Rocznicy śmierci ojca nie obchodzi się codziennie.
Po długich godzinach wiercenia się w łóżku w końcu udało jej się zasnąć. Wstała o świcie. Na zasłonkach nieostatnie próbowało się przebić światło. Dała za wygraną i odzusęła zasłony. Ach, tak. Piękny dzień idealny na jarmark. Pomyślała. Posłała łóżko i zdjęła suknię nocną. Musiało być wcześnie. Na ulicy nie widać było jeszcze żadnych ludzi. Na domach jednak widniały już złoto-niebieskie proporczyki. Pozatym wiedziała że było wcześnie ponieważ jej matka jeszcze spała. Przeczesała swoje włosy i nałożyła tę samą sukienkę co wczoraj. Zeszła na dół. W półce chleba nie było, więc postanowiła wybrać się do piekarni. Wyjęła ze szkatułki na kominku 3 funty.
Dzisiaj już nikt nie szedł na pola. Sklepy otwarte były do siódmej. Więc jeśli wierzyć staremu zegarowi, stojącemu na kminku miała jaszcze pól godziny. Około dziesięć minut zajmowało jej dojście do piekarni. Otworzyła drzwi i w tym momencie dzwonek zabrzęczał po całym budynku. Ze spiżarni wyszła pulchna, niska kobieta o włosach splecionych w kok na czubku głowy.
-Dobry.- Uśmiechnęła się Keara. -Och kochanie a dla kogo ten dzień nie jest dobry. Wczoraj to ja ci mówię żabko taki ruch żem miała. Aż mi chleba zabrakło i cała moja rodzina chleb mi piekła a moja Henzel obsługiwała sklep. No wyobrażasz to sobie? Mała dziewięciolatka za ladą. Dobre mi....-
-Tak zdołam sobie to wyobrazić... Poproszę dwa bochenki chleba.- Musiała jej przerwać pani Schuck była rozkoszna ale jadaczka się jej nie zamykała. Podała jej 3 funty. Schuck przyjrzała się im dokładnie i powiedziała zmartwionym głosem.
-Przykro mi ale podnieśliśmy ceny. Władze przed jarmarkiem podwyższają ceny podatków... Sama rozumiesz.- Minę miała dość tęgą. -To będzie sześć funtów.
-Przepraszam nie mam tyle...- Zaczerwieniła się Keara. 3 funty za chleb?! Co to za państwo?! Jej rodzina utrzymywała się z zarobków matki i jej na targu do tego dochodziły jeszcze tylko łupy myśliwskie brata. -Ach...- Pani Schuck była wyrozumiałą kobietą znała wszystko i wszystkim, przynajmniej w Wiatonie. To ona znała każdą plotką i nowinę. -Wiesz co koteczku? Daj mi te 3 funty i przyjemnej zabawy!- Niemal wykrzyczała.
-------------
-Gdzie byłaś? Jarmark rozpoczyna się za godzinę.- Powiedziała beznamiętnym tonem Andrea. Podeszła do niej i odebrała chleb. -Śmierdzisz. Idź się umyć, gotowałam wodę na herbatę ale cóż.- To była właśnie szczera do bólu Andrea, która niczym nie przypominała biednej, szlochającej kobietki ze wczoraj.
Wzięła garnek z wodą gotujący się na metalowej kracie i wlała ją do drewnianego wiadra.
Już czysta poszła na górę się przebrać. Założyła delikatnie różową suknię wyjściową. Przeznaczoną specjalnie na taką okazję. Wkładała ją co roku w ten sam dzień. Splotła włosy w wysoki kok.
Na stole jadalnym widniała już uczta. Kasza z jagnięciną. Warzywa z boczkiem. Własny chleb szczawiowy, miód i woda. Na śniadanie jednak je się zwykły chleb z boczkiem, należy przepić go wodą. Tak nakazuje tradycja, której w tym domu ściśle przestrzegano... No przynajmniej tej. Mięli jeszcze 20 minut na dotarcie na jarmark. Później strażnicy przeszukiwali domu aby sprawdzić czy na pewno wszyscy są już na miejscu. Gdyby było inaczej najchętniej ani ona ani jej matka nie wychodziłby tego dnia z domu aby w domowej ciszy wspominać ojca.Tego dnia wyjścia z miasta były zamykane i nawet nikt nie myślał by je otwierać. Keara jak zwykle wyszła z domu pierwsza. Nie wie czy wytrzymałaby spędzając z matką ten dzień.
Na placu Czterech Fontann rozstawiony był już podest, na którym przemawiać będzie król. Ludzie zbierali się tuż przed nim. Z tyłu rozstawione były targowiska z jedzeniem typowo jar marskim. Dwóch giermków zabawiało ludzi.
Keara poszła pod kościół. Aktualnie nawet kapłani poszli wysłuchać przemowy króla. Później ich specjalny post nakazuje im zjeść ucztę w siedzibie na górze kościoła bo tam spali i jadali. Nie było tu nikogo. Czekała na Neila, który z pewnością zjawi się tu za chwilę. Do rozpoczęcia jarmarku brakowało dziesięciu minut.
-Jestem.- Oznajmił Neil. -Matka kazała abym stał przy niej. Wiesz jaka ona jest. Ojciec...- Urwał spojrzał na nią badawczo. -Przepraszam.- Bąknął.
-Za co?- Oni nigdy nie rozmawiali o zmarłym ojcu. Neil czuł się skrępowany a ona sama nie czuła takiej potrzeby. Neil był do tego o tyle dziwny że nigdy nie wspominał o swoim ojcu aby nie sprawić przykrości Kearze. Co ona uważała za kompletną bzdurę.
-No wiesz... Dobra Keara zamierzamy się dzisiaj zabawić?- Zaśmiał się. Ona również zmusiła się do uśmiechu. Chciała aby jej przyjaciel nie czuł się ta beznadziejnie jak ona i to właśnie przez nią. -Choć już.
Na placu był już tłum ludzi. Stali na samym końcu ale to jej w sumie odpowiadało.
Nagle muzycy zaczęli grać serenadę typową dla wejścia królewskiej rodziny. Wszyscy jak jeden pies klękli na betonie i pochylili głowy.
Król odchrząknął. Pokazał w geście aby wstali.
-Drodzy poddani,- zaczął - drodzy obywatele Zagubionej Rzeki. Dla Was dzisiejszy dzień to dzień radości, oderwania się od codziennych obowiązków.- Prawda. Każdy oprócz jej i jej matki kochał jarmark "Założycieli" bardziej od wszystkich innych świąt. -Ale obywatele. Muszę niestety ogłosić wam smutną nowinę.- Ludzie spojrzeli po sobie-. Mój najmłodszy syn Webly miał pojąc za żonę Zeldę Chopiks.- To ostatnie słowo powiedział z takim jadem że Keara znienawidziła go jeszcze bardziej. -Ślubu nie będzie. Zelda została otruta.- Ludzie zaczęli na siebie patrzeć, wykrzykiwać że trzeba kogoś za to ukarać a nawet niektórzy zaczęli płakać. -Spokojnie! Osoba odpowiedzialna za tę okrutną zbrodnie została pojmana i poddana karze śmierci, która wykonana zostanie za równy tydzień od zbrodni czyli za cztery dni.
Keara odeszła od tłumu i skierowała się w stronę Tangaru. Zelda- jej najlepsza przyjaciółka z dawnych lat. Gdy miała dziesięć lat ona, Zelda i Neil byli jak rodzina. Po tym jak zamordowano jej ojca Zelda nie wiedziała jak ma się zachować i ją straciła.
Ale tak to prawda Zelda Chopkins nie żyje. Najgorsze jest to że wcale nie wierzyła żeby zabić ktoś ją chciał z służby. O nie, to musiał być ktoś inny.
Szkoda że Zelda nie żyje :( Ciekawi mnie postać Patrica, mam nadzieję że będzie on fajną postacią :D
OdpowiedzUsuń